niedziela, 2 października 2011

Orange Warsaw Festival 2011








17 czerwca wybrałem się z córką na Orange Warsaw Festiwal 2011. Ja pojechałem na festiwal dla Skunks Anansie, a moje dziecko dla My Chemicale Romance. Na nowy stadion Legii dotarliśmy odpowiednio wcześnie mimo, iż mieliśmy wykupione bilety z miejscówkami na trybunie vis-a-vis sceny. Przy wejściu na stadion zostaliśmy zaobrączkowani, zabrano nam nasze małe plastikowe buteleczki z wodą i już mogliśmy wdrapywać się po schodach na naprawdę robiący wrażenie obiekt. Pierwszy dzień festiwalu rozpoczął się od występów zespołu finalisty Finalisty WOW! Music Awards, pamiętam, że był to zespół Pauliny Przybysz (z grupy Sistars) oraz gwiazdki programu Idol Michała Szpaka, doskonale sprawdzającego się w coverach rockowych.

Przed godziną 21-ej na scenie pojawił się My Chemical Romance wzbudzając szał wśród licznie zgromadzonej głównie dziewczęcej publiczności. Był to pierwszy występ kapeli w Polsce i z pewnością sam zespół nie mógł być rozczarowany. Fani przygotowali trzy specjalne akcje na koncert MCR. Były uniesione kartki z napisami NA NA przy utworze Na Na, biało-czerwone maski przy Sing oraz różnokolorowe latarki przy Planetarny (GO!). Koncert My Chemical Romance był swoistym greatest hits kapeli, festiwalowy set był krótki. Zespół stanął na wysokości zadania. Gorzej natomiast było z nagłośnieniem ich występu, raz więcej było dźwięków wysokich innym razem znowu więcej było niskich – mimo to entuzjazm najmłodszej części publiczności nie malał ani na chwilę.

Po krótkiej przerwie, w trakcie której znacznie przybyło fanów muzyki na płycie i trybunach stadionu, około godz. 22-giej sceną rzadziło już Skunk Anansie i najlepsza na świecie frontmanka - Skin. Zespół od razu zmiażdżył słuchaczy pierwszym utworem Yes It’s Fucking Political. Potem były między innymi I Can Dream, My Ugly Boy, Charlie Big Potarto, Because of You, Hedonism (Just Because You Feel Good) odśpiewany razem z fanami i Weak podczas którego Skin zeszła do publiczności i rozpoczęła niesamowitą wędrówkę po rękach fanów (ciągle śpiewając) by na koniec utworu upaść do tyłu w ramiona ochrony. To była druga wizyta Skunks Anansie w Polsce, w ubiegłym roku zespół wystąpił na Open’erze. Widać było, że fantastycznie gra im się u Nas. Skin na scenie cały czas była w ruchu, cały czas otwarta na reakcję publiczności, a ludzie reagowali na jej gesty, śpiewali z nią refreny piosenek. Był to dla mnie najważniejszy i najlepszy występ czwartej edycji Orange Warsaw Festiwal 2011. Po zdecydowanie rockowej lwiej części tego dnia festiwalu przed północą na scenę wyszedł Moby i zaczęła się impreza wręcz taneczna. Moby zaczął od In My Hart, potem były jeszcze Why Does My Heart Feel So Bad?, geanialne Lift Me Up, Porcelain i Natural Blues. Niestety potem, moim zdaniem, Moby z zespołem zepsuli atmosferę swojego występu zaczynając grać bardzo mocno tranceowo, ilość bitów na sekundę była tak duża, że część publiczności, może tej bardzie rockowej, zaczęła wychodzić. Dzięki takiemu biegowi spraw zdążaliśmy na parking bez przepychania się przez tłum ludzi, a i odjazd samochodem spod stadionu nie sprawił większego problemu.

Wracając jeszcze do samych koncertów na szczególną uwagę zasługiwała oprawa świetlna zarówno sceny jak i całego stadionu Legii. Lasery, które stworzyły w pewnym momencie falujący świetlny dach zapierały dech w piersiach. Dodatkową atrakcją tego czerwcowego, koncertowego, bardzo gorącego dnia w Warszawie było spotkanie z dj-em stacji Antyradio, wokalistą kultowej formacji reggae Basstion z przełomu lat 80-tych i 90-tych, Przemysławem Jah Jah Frankowskim, który zaprosił Nas kilka dni wcześniej do odwiedzenia Antyradia na ulicy Żurawiej przed koncertem. Było więc krótkie zwiedzanie oraz obserwacja Jah Jah Frankowskiego przy pracy. Na koniec moja córka zrobiła Nam zdjęcie na tle studia im. Janusza Kosy Konińskiego. Dzień był intensywnie rock n roll-owy.

































sobota, 3 września 2011

LUXTORPEDA - energia i przesłanie









Czas: 02 września 2011 roku godz. 20.00, miejsce: Lublin, Ogród Saski, Muszla Koncertowa. Na scenie Luxtorpeda, a przed nimi ponad półtora tysiąca fanów. Już na początku występu Litza rzucił to ludzi: „Dobrze, że prawie Was nie widzimy, bo palma by nam odbiła.” Koncert zespół rozpoczął od Intra, utworu instrumentalnego, otwierającego również płytę, a potem było już czyste szaleństwo i ostra gitarowa jazda do końca. Zespół zagrał całą wydaną w maju tego roku płytę pt. Luxtorpeda. Płytę, która zrobiła sporo zamieszania na polskim rynku muzycznym i szybko podbiła serca i umysły fanów rocka. Największy entuzjazm ludzi wzbudził oczywiście Autystyczny i Od zera, oba utwory zespół zagrał jeszcze raz na koniec koncertu w Saskim. Mi najbardziej w pamięć zapadły wykonania utworów 3000 świń i W ciemności. Duży szacunek dla Litzy i chłopaków, że mając właściwie 10 własnych utworów nie podpierają się na koncertach coverami lub odgrywaniem numerów zespołów, w których grali lub nadal grają równolegle z Luxtorpedą. Grają swoje. Na przyszły rok obiecują nową płytę, wtedy będą mogli spokojnie wypełnić około dwugodzinny set. Oczywiście nie obyło się bez kilku cytatów muzycznych. Robert „Litza” Friedrich namówiony przez ludzi spod sceny zagrał i zaśpiewał refren Poplin Twist z repertuaru Acid Drinkers, którego był jednym z filarów w latach 90-tych. Był też popis wokalno-muzyczny, basisty Kmiety (Krzysztofa Kmiecika), który odśpiewał żartobliwy utwór w stylu „country and western” z towarzyszeniem Litzy na perkusji i reszty zespołu wykonującej w tle „ambitny” układ choreograficzny, ale i bez tego widać było, że każdy z Panów ma do siebie dystans i wszyscy obdarzeni są dużym poczuciem humoru. Dzięki temu, że Litza dokooptował do składu Luxtorpedy Hansa z Pięć Dwa Dębiec zainteresowałem się wcześniejszą działalnością hip-hop-ową Przemysława Frencla. Hans świetnie odnalazł się w zespole, doskonale uzupełniają się z Litzą na scenie. To co mnie najbardziej uderzyło przy okazji tego lubelskiego koncertu zespołu to ich ustawienie na scenie (nie zwróciłem nigdy wcześniej na to uwagi). Muzycy ustawieni są w jednej linii tuż przed publicznością. Pierwszy z lewej zainstalowany był ze swoim zestawem perkusyjnym Krzyżyk (Tomek Krzyżniak), dalej Kmieta, Hans (Przemysław Frencel), Litza i Drężmak (Robert Drężek) - zespół, wszyscy są równie ważni. Luxtorpeda to oprócz ciekawego mocnego rockowego brzmienia również teksty piętnujące to co złe w codzienności, czy też pęd do nikąd naszej cywilizacji. Teksty Litzy i Hansa niosą w sobie również przesłanie, że jeszcze jest czas żeby zacząć żyć w zgodzie ze sobą oraz dla innych. Cała masa ludzi dostała ogromną dawkę pozytywnej energii od zespołu.

Po koncercie Litza wyszedł to fanów, którzy cierpliwie czekali na niego pod sceną. Ludzie w różnym, bardzo różnym wieku, otrzymywali autografy na płytach i plakatach z logo zespołu. Robert chętnie rozmawiał o koncercie, jesiennej trasie Luxtorpedy oraz o rodzinie. Mi również udało się zamienić kilka słów z Litzą, którego obserwuję od czasu pojawienia się Acid Drinkers. Okazało się, że urodziliśmy się tego samego dnia i miesiąca, tylko Robert trzy lata wcześniej. Było miło, chciałoby się więcej. Czekam więc na nowy materiał Luxtorpedy i przyszłoroczne koncerty.






























wtorek, 16 sierpnia 2011

OCEAN - Wojna świń











Spróbowałem, a trzeba Wam wiedzieć, że ciężko mi zasiąść do słuchania czegoś co miało jeszcze przed premierą szumne zapowiedzi, a teraz ma w większości bardzo pochlebne recenzje. Piąta płyta grupy OCEAN pt.: „Wojna Świń” miała swoją premierę w czerwcu tego roku i napisałbym o niej wcześniej, ale nie chciałem być niesprawiedliwy wobec chłopaków, wolałem posłuchać jej wielokrotnie, a potem jeszcze raz. Pierwszy wielki plus tej płyty to jest to, że nagrana została na „setkę”. Drugi to miks wykonany przez Vance Powell-a, który odcisnął swój znak jakości na produkcjach związanych z osobą Jacka White'a, płytach The White Stripes, The Raconteurs, The Dead Weather oraz zespołu Kings Of Leon. Na płycie dzieje się bardzo wiele w warstwie brzmieniowej, jest bardzo wieloplanowa, nie da się wszystkiego wyłapać po jednym, ba po kilku przesłuchaniach. „Wojna Świń” to również męska decyzja zespołu o zmianie stylistyki, w jakiej do tej pory się poruszali. Zespół zaczął po prostu ostre gitarowe łojenie bez oglądania się na masowego odbiorcę i dało to znakomity rezultat. Dla mnie najnowsze wydawnictwo Oceanu zaczyna się singlowym hitem W piekle nie będę sam (szósty na płycie), mocny numer z ciekawym riffem i napędzającą całość grą bębnów z otwartym hi hat-em. Po nim następuje numer siedem na płycie Nie nakarmisz mnie, muzycznie trochę w klimacie lat 90-tych i grunge (to powinien być drugi syngiel promujący to wydawnictwo). Po nim dostajemy chwilę wytchnienia w pomysłowym kawałku Skład niewygodnych spraw, a potem doskonały, czadowy Oktanowy Książę. Dziesiąty utwór to Którędy do ciebie iść, klimatyczny numer, ballada, ale nic w niej ckliwego, za to masa ciekawych harmonii. Przedostatnia jest Flota duchów. Utwór ten wywołuje to czego oczekuję od muzyki rockowej, wywołuje ciary na plecach. Płytę zamyka Skończyłem się psychodeliczny w zwrotkach, z agresją zagrany w refrenach. Cytując fragment tekstu z ostatniego utworu „skończyłem się, błagaj o więcej”. Błagam o więcej takiego grania w wykonaniu Macieja Wasio i kolegów. Płyty trzeba posłuchać w całości. Panowie pokazali pazury i chwała im.

PS. Utwory od pierwszego, Wojna świń do piątego Gniję, jeszcze sobie „oswajam” i nadal słucham tego albumu.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Foo Fighters - Wasting Light











Nowy album Foo Fighters jest znakomity i polecam go wszystkim. Wasting Light rozpoczyna się od wystrzałowego Bridge Burning, a dalej jest już tylko lepiej. Rope to po prostu kop między oczy. Spokojne zwrotki oparte o ciekawy układ rytmiczny gitar i perkusji, bardzo dynamiczny połamany riff. W Rope w sposób doskonały współgrają ze sobą wspaniale, gęsto, nagrane gitary i linie wokalne. Ten kawałek zespół wybrał na singiel i od razu przykuł on moją uwagę. Zanim pojawiła się w sieci do odsłuchania cała płyta miałem Rope zapętlone w odtwarzaczu i słuchałem go w kółko. Trzeci w kolejności numer to Dear Rosemary ze świetnym tekstem i linią melodyczną, nawiązuje sposobem rytmiki gitar do poprockowej konwencji lat 80-tych, ale zagrany jest z wielkim smakiem. White Limo to zupełna zmiana stylistyki, ostra jazda do przodu z wykrzyczanym tekstem. White Limo był pierwszym przeciekiem jaki Foo Fighters opublikowali w sieci jako zapowiedź nowej płyty. Numer ten nadaje się doskonale na rockowe balangi i do ostrego headbangingu. Arlandria mimo iż zaczyna się od standardowego "drapania strun pazurkiem" ma jak i w przypadku poprzednich numerów perfekcyjną kompozycję, doskonałe wyważenie między gitarami, które słychać bardzo selektywnie. W niczym nie ustepują These Days i Back & Forth, typowy foofighterski szlagier doskonały na koncerty. Ósmy na płycie Matter Of Time od razu przykuwa uwagę charakterystycznym motywem gitarowym, który panowie ostrożnie dozują słuchaczowi przez większość utworu dopiero w koncówce pozwalając mu zaistnieć z większą siłą. Miss The Misery budzi skojarzenia z utworami epoki grunge. Wykorzystuje charakterystyczny motyw gitarowy, „plamy” gitar w zwrotkach i harmonie wokalne przypominające te jakie znamy z płyt Alice In Chains. Przedostatni to I Should Have Klown, ballada, która zyskuje na sile i rozrasta się coraz bardziej w warstwie dźwiękowej zbliżając się równocześnie do nieuchronnego końca. Płytę Wasting Light zamyka utwór Walk. Typowa dla Foo Fighters gitarowa jazda z charakterystyczną dla Davea Grohla złością w wyśpiewywanym refrenie. Płyta się kończy, a my znów możemy, co ja mówię, chcemy słuchać zaraz otwierającego ją Bridge Burning. Ta płyta się nie nudzi po pierwszym przesłuchaniu. Po pierwszym przesłuchaniu od razu zyskuje, a po każdy kolejnym odkrywa się na niej nowe dźwięki, nowe muzyczne smaczki. Wspaniałe niczym wyjęte z Beatlesów harmonie wokalne oraz kompozycje, których Grohlowi pozazdrości każdy rockowy wykonawca. Jest to z pewnością najostrzejsze dzieło Foo Fighters, ale nie stało się to ze stratą dla melodii. Dodatkowy atut w przypadku tej płyty to producent Butch Vig, który wyprodukowal onegdaj album Nevermind Nirvany. Niebywały talent ten Grohl, pałker Nirvany, który zebrał świetną ekipę pod szyldem Foo Fighters i nagrali moim zdaniem najlepszy album w historii istnienia tego zespołu. Płyta ma swoją oficjalną premierę 12 kwietnia.

Oficjalna strona Foo Fighters.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Trójka - Polskie Radio Program III





1 kwietnia Trójka, Program Trzeci Polskiego Radia, obchodziła, jak co roku w tym dniu, swoje urodziny. W tym roku były to 49 urodziny mojej ukochanej stacji radiowej.

W pierwszych latach działalności, w latach 60-tych, Program Trzeci Polskiego Radia emitował zaledwie dwie godziny audycji na dobę. Teraz wydaje się to niebywałe, ba wręcz nie starcza doby, tyle jest ciekawych audycji w ciągu całego dnia, a przede wszystkim masa dobrej muzyki.

Moja przygoda z Trójką rozpoczęła się od słuchania, a potem nagrywania piosenek z Listy Przebojów Programu Trzeciego prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego w soboty w godz. 20.00–22.00. Listy Przebojów regularnie zacząłem słuchać (wpadając wręcz w uzależnienie) w kwietniu roku 1986. Do dziś pamiętam notowanie 210/211 z 5 kwietnia 1986 roku, w którym znalazły się takie hity jak „We Built This City” grupy Starship, „The Power of Love” Jennifer Rush, “West End Girls” Pet Shop Boys, “Mówię Ci, że” Tilt-u, “Rough Boy” ZZ Top czy debiutujący wtedy na liście Saxon z niesmiertelnym “Broken Heroes”. Miejsce pierwsze okupował wtedy oczywiście Dire Straits z „Brothers in Arms”. Żeby oddać głos na swoich ulubionych 10 numerów trzeba było pójść na pocztę i wysłać kartkę ze swoimi typami. Teraz wystarczy odkliknąć swoich faworytów na stronie LP3 i już. Marek Niedźwiecki (współprowadzący obecnie listę z Piotrem Baronem) stwierdził w ostatnich dniach, że głosowanie internetowe bije obecnie rekordy pod względem ilości oddawanych głosów. W roku 1988 wsiąkłem wręcz w celebrowanie programu Mini-Max Piotra Kaczkowskiego. Program obfitował w klasykę rocka oraz nowości, które zawsze słuchane były przez prowadzącego wraz ze słuchaczami po raz pierwszy i na bieżąco komentowane i opisywane przez pana Piotra. Legendarne jest już rozpakowywanie na antenie przez Piotra Kaczkowskiego płyt CD z szeleszczącej folii. Program Mini-Max ukształtował gust muzyczny wielu tysięcy młodych ludzi. W tym roku Pan Piotr Kaczkowski skończył 65 lat i mimo przebytej ostatnio ciężkiej choroby ciągle jest w świetnej formie. Od kwietnia roku 2009 w przygotowywaniu i prowadzeniu audycji pomaga mu Leszek Adamczyk. W latach siedemdziesiątych do Trójki trafiły tak znakomite osobistości jak Grzegorz Wasowski, Jan Chojnacki, Janusz „Kosa” Kosiński, Wojciech Mann. Grzegorz Wasowski współtworzył w Trójce doskonały program Nie tylko dla orłów oraz współpracował od 2006 roku z Wojciecham Mannem przy programie Tanie Granie. Wasowski odszedł ze stacji w dowód solidarności z odwołanym w roku 2009 dyrektorem Krzysztofem Skowrońskim i do tej pory nie daje się namówić, swojemu przyjacielowi Wojciechowi Mannowi, do powrotu. Jan Chojnacki, twórca i prowadzący audycję „Bielszy odcien bluesa” w latach osiemdziesiątych prowadził w telewizji z Wojciechem Mannem poświęcony muzyce rockowej „Non Stop Kolor”. Kolejnego wielkiego człowieka muzycznego radia nie ma już wśród Nas, Janusz „Kosa” Kosiński zmarł w 2008 roku. W Trójce w latach 1970-2008 prowadził autorski program Odkurzone przeboje. W ostatnich latach życia związał się również z Antyradiem, w którym prowadził między innymi Antykwariat i AntyGalerię. Bardzo aktywną osobowością był i jest Pan Wojciech Mann. Dziennikarz muzyczny od lat 60-tych związany z Rozgłośnią Harcerską, a potem z Trójką. Współtworzył, prowadził i prowadzi w Trójce m.in. Zapraszamy do Trójki, Radiomann, Manniak po ciemku, niedzielne Tanie granie (na śniadanie) przemianowane po odejściu Grzegorza Wasowskiego na „Piosenki bez granic”. W piątkowe ranki Wojciech Mann doskonale wprowadza słuchaczy w weekendowy nastrój programem Zapraszamy do Trójki – ranek. W Piosenkach bez granic wydatnie wspiera go zasługujący na szczególną uwagę Pan Antoni Piekut. Pan Piekut to duch niespokojny, radiowiec, perkusista, maniak samochodowy, mówiący o wszystkim „prosto z mostu”, a wybierana przez niego do programów muzyka często zaskakuje współprowadzącego, Pana Wojtka. Z Trójkowych radiowców zawładnęła moją duszą jeszcze czwórka. Jedna kobieta, Aleksandra Kaczkowska (tak, córka Pana Piotra Kaczkowskiego), prowadząca nocą z soboty na niedzielę program Ciemna strona mocy. Wypełnia go muzyka Trip-hop, Ambitne, Tempo/Dub i Elektronika. Drugi to Pan Wojciech Ossowski wielki zwolennik metalu i cięższego grania w Trójce. Swoją audycją czaruje słuchaczy co dwa tygodnie nocą ze środy na czwartek. Osobliwości muzyczne to w założeniu program z muzyką folkową z całego świata, często jednak bądącą osnową dla mocnego rockowego grania. Pan Ossowski już od kilku lat postuluje powołanie do życia na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia Heavy Metalowej Listy Przebojów (ja jestem za). No i jeszcze dwóch Panów Waglewskich, ojciec i syn. Pan Wojciech Waglewski i Fisz (Bartosz Waglewski) prowadzą we wtorkowe wieczory Magiel Wagli, audycję wymykającą się wszelkim kategoriom. Serwują i muzykę trudną, wymagającą od słuchacza skupienia jak i utwory do tańca z całego świata. Jeden program może być cały poświęcony muzyce refleksyjnej, a drugi hip-hopowi. Bywa też tak, że Panowie prowadząc audycję wspólnie „ostro” mieszają style i gatunki i to też jest piękne. Wszystkich wyżej wymienionych łączy jedno - ogromna wiedza muzyczna.

Od audycji muzycznych Trójka kipi i nie sposób wszystkiego omówić, zaprezentować. Program Trzeci wyznacza standardy nie tylko w dziedzinie muzycznego radia, ale również reportażu radiowego, programów sportowych, jak choćby niedzielna Trzecia strona medalu, oraz rozrywki. Opierając się na danych z marca 2011 roku Trójka bije kolejne rekordy słuchalności, wygrywa ze stacjami pełniącymi funkcję tzw. radia „towarzyszącego”, które ma tylko „brzęczeć” w tle. Program Trzeci Polskiego Radia jest jedyny i nie powtarzalny. Ma stale rosnące grono słuchaczy i to nie tylko czterdziestolatków jak mówią różni złośliwcy. Trójka ma fanów, którzy gotowi są dla niej na wielkie poświęcenie i nie znam innej stacji, która na lata wiązałaby ze sobą słuchacza tak jak Program Trzeci.

niedziela, 27 marca 2011

Blackfield - Welcome To My DNA











21 marca ukazała się długo oczekiwana przeze mnie płyta „Welcome To My DNA”, zespołu Blackfield. Panowie Steven Wilson i Aviv Geffen nie zawiedli. Nowy album Blackfield otwiera stonowany Glass House z pięknym motywem gitarowym i partiami wokalnymi przywodzącymi na myśl dokonania The Moody Blues czy Genesis. Po nim dostajemy, chyba najbardziej kontrowersyjny w warstwie tekstowej, oparty na krótkiej grze słów wyrażających frustrację Go to Hell: „fuck you all fuck you, i don’t care anymore”. Trzeci utwór na płycie to Rising Of The Tide, piękna oparta na fortepianie kompozycja mocno tkwiąca korzeniami w latach 70-tych. Waving to już zupełnie co innego, żywy, nadający tempa albumowi utwór z wpadającym w ucho, prostym, refrenem, w drugiej części dzięki pracy sekcji rytmicznej dostaje jakby drugiego oddechu, zyskuje na dynamice. Co tu dużo mówić, po kilku pierwszych przesłuchaniach mój numer jeden na tej płycie. W niczym nie ustępuje Faraway z pięknie przeplatającymi się klawiszami i gitarą akustyczną oraz pięknym melodyjnym refrenem – szkoda, że taki krótki. Szósty numer to orkiestrowy (przewaga smyczków) Dissolving With The Night, który jak burza wzmaga się i nasila z każdą minuta. Po nim otrzymujemy ostry rockowy Bood z motywem przypominający irlandzkiego folk-rocka, aż krew w żyłach żywiej tętni. Tekst utworu stanowi jedna fraza: „Here comes the blond”. Z kolei On The Plane to kompozycja będąca miodem na serce fanów starego prog-rockowego grania zpod znaku Barclay James Harvest. Dziewiąty na albumie Oxygen pełen przestrzeni jak powietrze tlenu, daje słuchaczowi solidną dawkę energii. Kolejnym mocnym punktem albumu jest Zigota z kojącymi partiami instrumentów klawiszowych i zaskakującym końcowym fragmentem, w którym przechodzi w zdecydowanie rockowe, drapieżne dźwięki. Album zamyka utwór DNA, to już charakterystyczny blackfieldowy styl , opowieść o tym co determinuje nas, nasze życie i o tym na co nie mamy wpływu. Cała płyta brzmi niesamowicie. Blackfield, tak jak i na poprzednich płytach, nie odkrywają niczego nowego, za to garściami czerpią z najlepszych wzorców, najpiękniejszej muzyki końca lat 60-tych i lat 70-tych. To bardzo dobrze, bo dzięki temu wielu młodych fanów Blackfield sięgnie po dzieła ich mistrzów. Albumu „Welcome to My DNA” słucha się wspaniale, całość wręcz hipnotyzuje i odrywa na te nieco ponad 39 minut od rzeczywistości. Trzeba posłuchać całości, oddać się muzyce. W naszych szalonych czasach bywa to trudne. Obecnie wszystko od informacji po muzykę musi byś krótkie i szybko „złapać” odbiorcę, nie ważne, że tylko na chwilę. Kiedyś o wiele ważniejsze było zatrzymanie się, rozsmakowanie się w tym. To jednak chyba temat na inny tekst. Polecam powyższą płytę.

"Waving" - singiel promujący "Welcome To My DNA"

wtorek, 1 marca 2011

Blackfield






Dziś kilka słów o zespole Blackfield, a na początek o ich debiutanckim albumie z 2004 r. o tym samym tytule.

„Blackfield” otwiera Open Mind z początku, delikatny, ale z bardzo dynamicznym mocnym motywem, również w refrenie. Po nim do naszych uszu i serca wpływa delikatnie, jak czysta woda, z którą kojarzą mi się pierwsze takty tego utworu tytułowy Blackfield. Utwór ten ma w sobie coś naturalnego, nie narzuca się słuchaczowi, ale mocno zapada w pamięć, to mój numer jeden na płycie – trzeba go posłuchać. Gdy cichnie Blackfield delikatnie rozpoczyna się Glow. Pierwsza jego część oparta na brzmieniach smyczków i delikatnych motywów klawiszowych wirujących między uszami, po których, na ostatnią minutę następuje przejmujące wejście sekcji rytmicznej i gitar. Z kolei Scars jest jak numer triphop-owy z samplowaną perkusją, zaraz jednak pojawiają się instrumenty klawiszowe brzmieniem przywodzące na myśl lata siedemdziesiąte. Kolejną kompozycją jest autorskie dzieło Stevena Wilsona Lullaby, fortepian i głos opowiadający o miłości sprawiającej wręcz fizyczny ból. O utraconej miłości opowiada szósty na płycie kawałek pt. Pain, autorska kompozycja Aviva Geffena. Geffen śpiewa w tak smutny sposób, że opowiadana historia opuszczonego przez dziewczynę chłopaka wydaje się być rzeczywista. „Podczas, gdy ja moknę na deszczu, pogrążony w bólu - ona jest daleko, czy spotkamy się kiedykolwiek ponownie jako przyjaciele po tak długim czasie?”- śpiewa w refrenie. Słucha się tego wspaniale i nie bez wzruszenia, a melodia refrenu zdaje się unosić słuchacza. Steven Wilson i Aviv Geffen stworzyli na albumie naprawdę doskonałe melodie. Summer za pomocą odwołania się do pór roku opowiada o strachu przed samotnością i utratą miłości. Utwór ubarwia piękne gitarowe solo Willsona na tle rozlewających się szeroko brzmień instrumentów klawiszowych. Ósmy utwór na płycie to Cloudy Now. „To zachmurzenie przychodzi teraz” i możne być tak, że jest to zachmurzenie dla naszego pokolenia, które ma tak wiele problemów ze sobą. Numer ten zaczyna się jak pochmurny dzień, leniwie i szaro (może z drobnym deszczem), ale na koniec następuje burza, burza niezgody na zastaną sytuację. Ze swym poprzednikiem na płycie mocno kontrastuje The Hole In Me będący wręcz walczykiem, wcale jednak nie wesołym. Płytę zamyka Hello, piękne muzyczne pożegnanie, utwór kończy się zbyt szybko, kończące go dźwięki mogłyby trwać, zapętlić się na jeszcze dobrych kilka minut i nie byłoby to ze strony zespołu nadużycie, a dałoby jeszcze większą radość uszom fanów. Na całej płycie jest wiele odniesień brzmieniowych do rocka z lat siedemdziesiątych. Wiele skojarzeń, dla mnie jakże miłych, z Barclay James Harvest (np.: chórki w Open Mind), The Mody Blues, czy wczesnym Genesis. Charakterystyczne dla tego albumu są piękne, tworzące wodospady dźwięków, partie instrumentów klawiszowych, które nie wychądzą jednak wcale na plan pierwszy, są zaś jak sukno dla haftowania pozostałych dźwięków. Albumu Blackfield można słuchać godzinami mimo, iż w swojej podstawowej wersji trawa zaledwie 37 minut i 57 sekund, a Ciemna Polana (tłumaczenie nazwy zespołu) paradoksalnie mieni się tysiącem barw.

Blackfield tworzy dwóch przyjaciół Steven Wilson (człowiek instytucja, kompozytor, lider Porcupine Tree, muzyk No-Man) oraz Aviv Geffen (kompozytor, lokalna gwiazda izraelskiej muzyki pop, fan Porcupine Tree). Aviv Geffen w roku 2000 zaprosił Wilsona wraz z jego zespołem Porcupine Tree do zagrania kilku koncertów w Izraelu. Panowie zaprzyjaźnili się ze sobą i postanowili nagrać razem właśnie powyższą płytę. W 2007 roku poszli za ciosem i nagrali „Blackfield II”, równie udany album. Pod koniec marca 2011 r. ukazuje się ich trzeci album „Welcome to my DNA”, a 14 i 15 kwietnia zagrają dwa koncerty w Polsce. Blackfield gościli już w naszym kraju dwukrotnie, w 2004 i 2007 roku. Nowa płyta, jak można się przekonać po wysłuchaniu jej fragmentów na stronie grupy nie pozostaje w tyle za pierwszymi dwoma dziełami Blackfield. Szykują się zatem muzycznie wykwintne koncerty w Warszawie i Krakowie.

Oficjalna strona Blackfield.

Tytułowy utwór z albumu Blackfield.

Blackfield – Pain

Utwór otwierający nowy album zespołu.