sobota, 3 września 2011

LUXTORPEDA - energia i przesłanie









Czas: 02 września 2011 roku godz. 20.00, miejsce: Lublin, Ogród Saski, Muszla Koncertowa. Na scenie Luxtorpeda, a przed nimi ponad półtora tysiąca fanów. Już na początku występu Litza rzucił to ludzi: „Dobrze, że prawie Was nie widzimy, bo palma by nam odbiła.” Koncert zespół rozpoczął od Intra, utworu instrumentalnego, otwierającego również płytę, a potem było już czyste szaleństwo i ostra gitarowa jazda do końca. Zespół zagrał całą wydaną w maju tego roku płytę pt. Luxtorpeda. Płytę, która zrobiła sporo zamieszania na polskim rynku muzycznym i szybko podbiła serca i umysły fanów rocka. Największy entuzjazm ludzi wzbudził oczywiście Autystyczny i Od zera, oba utwory zespół zagrał jeszcze raz na koniec koncertu w Saskim. Mi najbardziej w pamięć zapadły wykonania utworów 3000 świń i W ciemności. Duży szacunek dla Litzy i chłopaków, że mając właściwie 10 własnych utworów nie podpierają się na koncertach coverami lub odgrywaniem numerów zespołów, w których grali lub nadal grają równolegle z Luxtorpedą. Grają swoje. Na przyszły rok obiecują nową płytę, wtedy będą mogli spokojnie wypełnić około dwugodzinny set. Oczywiście nie obyło się bez kilku cytatów muzycznych. Robert „Litza” Friedrich namówiony przez ludzi spod sceny zagrał i zaśpiewał refren Poplin Twist z repertuaru Acid Drinkers, którego był jednym z filarów w latach 90-tych. Był też popis wokalno-muzyczny, basisty Kmiety (Krzysztofa Kmiecika), który odśpiewał żartobliwy utwór w stylu „country and western” z towarzyszeniem Litzy na perkusji i reszty zespołu wykonującej w tle „ambitny” układ choreograficzny, ale i bez tego widać było, że każdy z Panów ma do siebie dystans i wszyscy obdarzeni są dużym poczuciem humoru. Dzięki temu, że Litza dokooptował do składu Luxtorpedy Hansa z Pięć Dwa Dębiec zainteresowałem się wcześniejszą działalnością hip-hop-ową Przemysława Frencla. Hans świetnie odnalazł się w zespole, doskonale uzupełniają się z Litzą na scenie. To co mnie najbardziej uderzyło przy okazji tego lubelskiego koncertu zespołu to ich ustawienie na scenie (nie zwróciłem nigdy wcześniej na to uwagi). Muzycy ustawieni są w jednej linii tuż przed publicznością. Pierwszy z lewej zainstalowany był ze swoim zestawem perkusyjnym Krzyżyk (Tomek Krzyżniak), dalej Kmieta, Hans (Przemysław Frencel), Litza i Drężmak (Robert Drężek) - zespół, wszyscy są równie ważni. Luxtorpeda to oprócz ciekawego mocnego rockowego brzmienia również teksty piętnujące to co złe w codzienności, czy też pęd do nikąd naszej cywilizacji. Teksty Litzy i Hansa niosą w sobie również przesłanie, że jeszcze jest czas żeby zacząć żyć w zgodzie ze sobą oraz dla innych. Cała masa ludzi dostała ogromną dawkę pozytywnej energii od zespołu.

Po koncercie Litza wyszedł to fanów, którzy cierpliwie czekali na niego pod sceną. Ludzie w różnym, bardzo różnym wieku, otrzymywali autografy na płytach i plakatach z logo zespołu. Robert chętnie rozmawiał o koncercie, jesiennej trasie Luxtorpedy oraz o rodzinie. Mi również udało się zamienić kilka słów z Litzą, którego obserwuję od czasu pojawienia się Acid Drinkers. Okazało się, że urodziliśmy się tego samego dnia i miesiąca, tylko Robert trzy lata wcześniej. Było miło, chciałoby się więcej. Czekam więc na nowy materiał Luxtorpedy i przyszłoroczne koncerty.






























wtorek, 16 sierpnia 2011

OCEAN - Wojna świń











Spróbowałem, a trzeba Wam wiedzieć, że ciężko mi zasiąść do słuchania czegoś co miało jeszcze przed premierą szumne zapowiedzi, a teraz ma w większości bardzo pochlebne recenzje. Piąta płyta grupy OCEAN pt.: „Wojna Świń” miała swoją premierę w czerwcu tego roku i napisałbym o niej wcześniej, ale nie chciałem być niesprawiedliwy wobec chłopaków, wolałem posłuchać jej wielokrotnie, a potem jeszcze raz. Pierwszy wielki plus tej płyty to jest to, że nagrana została na „setkę”. Drugi to miks wykonany przez Vance Powell-a, który odcisnął swój znak jakości na produkcjach związanych z osobą Jacka White'a, płytach The White Stripes, The Raconteurs, The Dead Weather oraz zespołu Kings Of Leon. Na płycie dzieje się bardzo wiele w warstwie brzmieniowej, jest bardzo wieloplanowa, nie da się wszystkiego wyłapać po jednym, ba po kilku przesłuchaniach. „Wojna Świń” to również męska decyzja zespołu o zmianie stylistyki, w jakiej do tej pory się poruszali. Zespół zaczął po prostu ostre gitarowe łojenie bez oglądania się na masowego odbiorcę i dało to znakomity rezultat. Dla mnie najnowsze wydawnictwo Oceanu zaczyna się singlowym hitem W piekle nie będę sam (szósty na płycie), mocny numer z ciekawym riffem i napędzającą całość grą bębnów z otwartym hi hat-em. Po nim następuje numer siedem na płycie Nie nakarmisz mnie, muzycznie trochę w klimacie lat 90-tych i grunge (to powinien być drugi syngiel promujący to wydawnictwo). Po nim dostajemy chwilę wytchnienia w pomysłowym kawałku Skład niewygodnych spraw, a potem doskonały, czadowy Oktanowy Książę. Dziesiąty utwór to Którędy do ciebie iść, klimatyczny numer, ballada, ale nic w niej ckliwego, za to masa ciekawych harmonii. Przedostatnia jest Flota duchów. Utwór ten wywołuje to czego oczekuję od muzyki rockowej, wywołuje ciary na plecach. Płytę zamyka Skończyłem się psychodeliczny w zwrotkach, z agresją zagrany w refrenach. Cytując fragment tekstu z ostatniego utworu „skończyłem się, błagaj o więcej”. Błagam o więcej takiego grania w wykonaniu Macieja Wasio i kolegów. Płyty trzeba posłuchać w całości. Panowie pokazali pazury i chwała im.

PS. Utwory od pierwszego, Wojna świń do piątego Gniję, jeszcze sobie „oswajam” i nadal słucham tego albumu.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Foo Fighters - Wasting Light











Nowy album Foo Fighters jest znakomity i polecam go wszystkim. Wasting Light rozpoczyna się od wystrzałowego Bridge Burning, a dalej jest już tylko lepiej. Rope to po prostu kop między oczy. Spokojne zwrotki oparte o ciekawy układ rytmiczny gitar i perkusji, bardzo dynamiczny połamany riff. W Rope w sposób doskonały współgrają ze sobą wspaniale, gęsto, nagrane gitary i linie wokalne. Ten kawałek zespół wybrał na singiel i od razu przykuł on moją uwagę. Zanim pojawiła się w sieci do odsłuchania cała płyta miałem Rope zapętlone w odtwarzaczu i słuchałem go w kółko. Trzeci w kolejności numer to Dear Rosemary ze świetnym tekstem i linią melodyczną, nawiązuje sposobem rytmiki gitar do poprockowej konwencji lat 80-tych, ale zagrany jest z wielkim smakiem. White Limo to zupełna zmiana stylistyki, ostra jazda do przodu z wykrzyczanym tekstem. White Limo był pierwszym przeciekiem jaki Foo Fighters opublikowali w sieci jako zapowiedź nowej płyty. Numer ten nadaje się doskonale na rockowe balangi i do ostrego headbangingu. Arlandria mimo iż zaczyna się od standardowego "drapania strun pazurkiem" ma jak i w przypadku poprzednich numerów perfekcyjną kompozycję, doskonałe wyważenie między gitarami, które słychać bardzo selektywnie. W niczym nie ustepują These Days i Back & Forth, typowy foofighterski szlagier doskonały na koncerty. Ósmy na płycie Matter Of Time od razu przykuwa uwagę charakterystycznym motywem gitarowym, który panowie ostrożnie dozują słuchaczowi przez większość utworu dopiero w koncówce pozwalając mu zaistnieć z większą siłą. Miss The Misery budzi skojarzenia z utworami epoki grunge. Wykorzystuje charakterystyczny motyw gitarowy, „plamy” gitar w zwrotkach i harmonie wokalne przypominające te jakie znamy z płyt Alice In Chains. Przedostatni to I Should Have Klown, ballada, która zyskuje na sile i rozrasta się coraz bardziej w warstwie dźwiękowej zbliżając się równocześnie do nieuchronnego końca. Płytę Wasting Light zamyka utwór Walk. Typowa dla Foo Fighters gitarowa jazda z charakterystyczną dla Davea Grohla złością w wyśpiewywanym refrenie. Płyta się kończy, a my znów możemy, co ja mówię, chcemy słuchać zaraz otwierającego ją Bridge Burning. Ta płyta się nie nudzi po pierwszym przesłuchaniu. Po pierwszym przesłuchaniu od razu zyskuje, a po każdy kolejnym odkrywa się na niej nowe dźwięki, nowe muzyczne smaczki. Wspaniałe niczym wyjęte z Beatlesów harmonie wokalne oraz kompozycje, których Grohlowi pozazdrości każdy rockowy wykonawca. Jest to z pewnością najostrzejsze dzieło Foo Fighters, ale nie stało się to ze stratą dla melodii. Dodatkowy atut w przypadku tej płyty to producent Butch Vig, który wyprodukowal onegdaj album Nevermind Nirvany. Niebywały talent ten Grohl, pałker Nirvany, który zebrał świetną ekipę pod szyldem Foo Fighters i nagrali moim zdaniem najlepszy album w historii istnienia tego zespołu. Płyta ma swoją oficjalną premierę 12 kwietnia.

Oficjalna strona Foo Fighters.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Trójka - Polskie Radio Program III





1 kwietnia Trójka, Program Trzeci Polskiego Radia, obchodziła, jak co roku w tym dniu, swoje urodziny. W tym roku były to 49 urodziny mojej ukochanej stacji radiowej.

W pierwszych latach działalności, w latach 60-tych, Program Trzeci Polskiego Radia emitował zaledwie dwie godziny audycji na dobę. Teraz wydaje się to niebywałe, ba wręcz nie starcza doby, tyle jest ciekawych audycji w ciągu całego dnia, a przede wszystkim masa dobrej muzyki.

Moja przygoda z Trójką rozpoczęła się od słuchania, a potem nagrywania piosenek z Listy Przebojów Programu Trzeciego prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego w soboty w godz. 20.00–22.00. Listy Przebojów regularnie zacząłem słuchać (wpadając wręcz w uzależnienie) w kwietniu roku 1986. Do dziś pamiętam notowanie 210/211 z 5 kwietnia 1986 roku, w którym znalazły się takie hity jak „We Built This City” grupy Starship, „The Power of Love” Jennifer Rush, “West End Girls” Pet Shop Boys, “Mówię Ci, że” Tilt-u, Rough Boy” ZZ Top czy debiutujący wtedy na liście Saxon z niesmiertelnym “Broken Heroes”. Miejsce pierwsze okupował wtedy oczywiście Dire Straits z „Brothers in Arms”. Żeby oddać głos na swoich ulubionych 10 numerów trzeba było pójść na pocztę i wysłać kartkę ze swoimi typami. Teraz wystarczy odkliknąć swoich faworytów na stronie LP3 i już. Marek Niedźwiecki (współprowadzący obecnie listę z Piotrem Baronem) stwierdził w ostatnich dniach, że głosowanie internetowe bije obecnie rekordy pod względem ilości oddawanych głosów. W roku 1988 wsiąkłem wręcz w celebrowanie programu Mini-Max Piotra Kaczkowskiego. Program obfitował w klasykę rocka oraz nowości, które zawsze słuchane były przez prowadzącego wraz ze słuchaczami po raz pierwszy i na bieżąco komentowane i opisywane przez pana Piotra. Legendarne jest już rozpakowywanie na antenie przez Piotra Kaczkowskiego płyt CD z szeleszczącej folii. Program Mini-Max ukształtował gust muzyczny wielu tysięcy młodych ludzi. W tym roku Pan Piotr Kaczkowski skończył 65 lat i mimo przebytej ostatnio ciężkiej choroby ciągle jest w świetnej formie. Od kwietnia roku 2009 w przygotowywaniu i prowadzeniu audycji pomaga mu Leszek Adamczyk. W latach siedemdziesiątych do Trójki trafiły tak znakomite osobistości jak Grzegorz Wasowski, Jan Chojnacki, Janusz „Kosa” Kosiński, Wojciech Mann. Grzegorz Wasowski współtworzył w Trójce doskonały program Nie tylko dla orłów oraz współpracował od 2006 roku z Wojciecham Mannem przy programie Tanie Granie. Wasowski odszedł ze stacji w dowód solidarności z odwołanym w roku 2009 dyrektorem Krzysztofem Skowrońskim i do tej pory nie daje się namówić, swojemu przyjacielowi Wojciechowi Mannowi, do powrotu. Jan Chojnacki, twórca i prowadzący audycję „Bielszy odcien bluesa” w latach osiemdziesiątych prowadził w telewizji z Wojciechem Mannem poświęcony muzyce rockowej „Non Stop Kolor”. Kolejnego wielkiego człowieka muzycznego radia nie ma już wśród Nas, Janusz „Kosa” Kosiński zmarł w 2008 roku. W Trójce w latach 1970-2008 prowadził autorski program Odkurzone przeboje. W ostatnich latach życia związał się również z Antyradiem, w którym prowadził między innymi Antykwariat i AntyGalerię. Bardzo aktywną osobowością był i jest Pan Wojciech Mann. Dziennikarz muzyczny od lat 60-tych związany z Rozgłośnią Harcerską, a potem z Trójką. Współtworzył, prowadził i prowadzi w Trójce m.in. Zapraszamy do Trójki, Radiomann, Manniak po ciemku, niedzielne Tanie granie (na śniadanie) przemianowane po odejściu Grzegorza Wasowskiego na „Piosenki bez granic”. W piątkowe ranki Wojciech Mann doskonale wprowadza słuchaczy w weekendowy nastrój programem Zapraszamy do Trójki – ranek. W Piosenkach bez granic wydatnie wspiera go zasługujący na szczególną uwagę Pan Antoni Piekut. Pan Piekut to duch niespokojny, radiowiec, perkusista, maniak samochodowy, mówiący o wszystkim „prosto z mostu”, a wybierana przez niego do programów muzyka często zaskakuje współprowadzącego, Pana Wojtka. Z Trójkowych radiowców zawładnęła moją duszą jeszcze czwórka. Jedna kobieta, Aleksandra Kaczkowska (tak, córka Pana Piotra Kaczkowskiego), prowadząca nocą z soboty na niedzielę program Ciemna strona mocy. Wypełnia go muzyka Trip-hop, Ambitne, Tempo/Dub i Elektronika. Drugi to Pan Wojciech Ossowski wielki zwolennik metalu i cięższego grania w Trójce. Swoją audycją czaruje słuchaczy co dwa tygodnie nocą ze środy na czwartek. Osobliwości muzyczne to w założeniu program z muzyką folkową z całego świata, często jednak bądącą osnową dla mocnego rockowego grania. Pan Ossowski już od kilku lat postuluje powołanie do życia na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia Heavy Metalowej Listy Przebojów (ja jestem za). No i jeszcze dwóch Panów Waglewskich, ojciec i syn. Pan Wojciech Waglewski i Fisz (Bartosz Waglewski) prowadzą we wtorkowe wieczory Magiel Wagli, audycję wymykającą się wszelkim kategoriom. Serwują i muzykę trudną, wymagającą od słuchacza skupienia jak i utwory do tańca z całego świata. Jeden program może być cały poświęcony muzyce refleksyjnej, a drugi hip-hopowi. Bywa też tak, że Panowie prowadząc audycję wspólnie „ostro” mieszają style i gatunki i to też jest piękne. Wszystkich wyżej wymienionych łączy jedno - ogromna wiedza muzyczna.

Od audycji muzycznych Trójka kipi i nie sposób wszystkiego omówić, zaprezentować. Program Trzeci wyznacza standardy nie tylko w dziedzinie muzycznego radia, ale również reportażu radiowego, programów sportowych, jak choćby niedzielna Trzecia strona medalu, oraz rozrywki. Opierając się na danych z marca 2011 roku Trójka bije kolejne rekordy słuchalności, wygrywa ze stacjami pełniącymi funkcję tzw. radia „towarzyszącego”, które ma tylko „brzęczeć” w tle. Program Trzeci Polskiego Radia jest jedyny i nie powtarzalny. Ma stale rosnące grono słuchaczy i to nie tylko czterdziestolatków jak mówią różni złośliwcy. Trójka ma fanów, którzy gotowi są dla niej na wielkie poświęcenie i nie znam innej stacji, która na lata wiązałaby ze sobą słuchacza tak jak Program Trzeci.

niedziela, 27 marca 2011

Blackfield - Welcome To My DNA











21 marca ukazała się długo oczekiwana przeze mnie płyta „Welcome To My DNA”, zespołu Blackfield. Panowie Steven Wilson i Aviv Geffen nie zawiedli. Nowy album Blackfield otwiera stonowany Glass House z pięknym motywem gitarowym i partiami wokalnymi przywodzącymi na myśl dokonania The Moody Blues czy Genesis. Po nim dostajemy, chyba najbardziej kontrowersyjny w warstwie tekstowej, oparty na krótkiej grze słów wyrażających frustrację Go to Hell: „fuck you all fuck you, i don’t care anymore”. Trzeci utwór na płycie to Rising Of The Tide, piękna oparta na fortepianie kompozycja mocno tkwiąca korzeniami w latach 70-tych. Waving to już zupełnie co innego, żywy, nadający tempa albumowi utwór z wpadającym w ucho, prostym, refrenem, w drugiej części dzięki pracy sekcji rytmicznej dostaje jakby drugiego oddechu, zyskuje na dynamice. Co tu dużo mówić, po kilku pierwszych przesłuchaniach mój numer jeden na tej płycie. W niczym nie ustępuje Faraway z pięknie przeplatającymi się klawiszami i gitarą akustyczną oraz pięknym melodyjnym refrenem – szkoda, że taki krótki. Szósty numer to orkiestrowy (przewaga smyczków) Dissolving With The Night, który jak burza wzmaga się i nasila z każdą minuta. Po nim otrzymujemy ostry rockowy Bood z motywem przypominający irlandzkiego folk-rocka, aż krew w żyłach żywiej tętni. Tekst utworu stanowi jedna fraza: „Here comes the blond”. Z kolei On The Plane to kompozycja będąca miodem na serce fanów starego prog-rockowego grania zpod znaku Barclay James Harvest. Dziewiąty na albumie Oxygen pełen przestrzeni jak powietrze tlenu, daje słuchaczowi solidną dawkę energii. Kolejnym mocnym punktem albumu jest Zigota z kojącymi partiami instrumentów klawiszowych i zaskakującym końcowym fragmentem, w którym przechodzi w zdecydowanie rockowe, drapieżne dźwięki. Album zamyka utwór DNA, to już charakterystyczny blackfieldowy styl , opowieść o tym co determinuje nas, nasze życie i o tym na co nie mamy wpływu. Cała płyta brzmi niesamowicie. Blackfield, tak jak i na poprzednich płytach, nie odkrywają niczego nowego, za to garściami czerpią z najlepszych wzorców, najpiękniejszej muzyki końca lat 60-tych i lat 70-tych. To bardzo dobrze, bo dzięki temu wielu młodych fanów Blackfield sięgnie po dzieła ich mistrzów. Albumu „Welcome to My DNA” słucha się wspaniale, całość wręcz hipnotyzuje i odrywa na te nieco ponad 39 minut od rzeczywistości. Trzeba posłuchać całości, oddać się muzyce. W naszych szalonych czasach bywa to trudne. Obecnie wszystko od informacji po muzykę musi byś krótkie i szybko „złapać” odbiorcę, nie ważne, że tylko na chwilę. Kiedyś o wiele ważniejsze było zatrzymanie się, rozsmakowanie się w tym. To jednak chyba temat na inny tekst. Polecam powyższą płytę.

"Waving" - singiel promujący "Welcome To My DNA"

wtorek, 1 marca 2011

Blackfield






Dziś kilka słów o zespole Blackfield, a na początek o ich debiutanckim albumie z 2004 r. o tym samym tytule.

Blackfield” otwiera Open Mind z początku, delikatny, ale z bardzo dynamicznym mocnym motywem, również w refrenie. Po nim do naszych uszu i serca wpływa delikatnie, jak czysta woda, z którą kojarzą mi się pierwsze takty tego utworu tytułowy Blackfield. Utwór ten ma w sobie coś naturalnego, nie narzuca się słuchaczowi, ale mocno zapada w pamięć, to mój numer jeden na płycie – trzeba go posłuchać. Gdy cichnie Blackfield delikatnie rozpoczyna się Glow. Pierwsza jego część oparta na brzmieniach smyczków i delikatnych motywów klawiszowych wirujących między uszami, po których, na ostatnią minutę następuje przejmujące wejście sekcji rytmicznej i gitar. Z kolei Scars jest jak numer triphop-owy z samplowaną perkusją, zaraz jednak pojawiają się instrumenty klawiszowe brzmieniem przywodzące na myśl lata siedemdziesiąte. Kolejną kompozycją jest autorskie dzieło Stevena Wilsona Lullaby, fortepian i głos opowiadający o miłości sprawiającej wręcz fizyczny ból. O utraconej miłości opowiada szósty na płycie kawałek pt. Pain, autorska kompozycja Aviva Geffena. Geffen śpiewa w tak smutny sposób, że opowiadana historia opuszczonego przez dziewczynę chłopaka wydaje się być rzeczywista. „Podczas, gdy ja moknę na deszczu, pogrążony w bólu - ona jest daleko, czy spotkamy się kiedykolwiek ponownie jako przyjaciele po tak długim czasie?”- śpiewa w refrenie. Słucha się tego wspaniale i nie bez wzruszenia, a melodia refrenu zdaje się unosić słuchacza. Steven Wilson i Aviv Geffen stworzyli na albumie naprawdę doskonałe melodie. Summer za pomocą odwołania się do pór roku opowiada o strachu przed samotnością i utratą miłości. Utwór ubarwia piękne gitarowe solo Willsona na tle rozlewających się szeroko brzmień instrumentów klawiszowych. Ósmy utwór na płycie to Cloudy Now. „To zachmurzenie przychodzi teraz” i możne być tak, że jest to zachmurzenie dla naszego pokolenia, które ma tak wiele problemów ze sobą. Numer ten zaczyna się jak pochmurny dzień, leniwie i szaro (może z drobnym deszczem), ale na koniec następuje burza, burza niezgody na zastaną sytuację. Ze swym poprzednikiem na płycie mocno kontrastuje The Hole In Me będący wręcz walczykiem, wcale jednak nie wesołym. Płytę zamyka Hello, piękne muzyczne pożegnanie, utwór kończy się zbyt szybko, kończące go dźwięki mogłyby trwać, zapętlić się na jeszcze dobrych kilka minut i nie byłoby to ze strony zespołu nadużycie, a dałoby jeszcze większą radość uszom fanów. Na całej płycie jest wiele odniesień brzmieniowych do rocka z lat siedemdziesiątych. Wiele skojarzeń, dla mnie jakże miłych, z Barclay James Harvest (np.: chórki w Open Mind), The Mody Blues, czy wczesnym Genesis. Charakterystyczne dla tego albumu są piękne, tworzące wodospady dźwięków, partie instrumentów klawiszowych, które nie wychądzą jednak wcale na plan pierwszy, są zaś jak sukno dla haftowania pozostałych dźwięków. Albumu Blackfield można słuchać godzinami mimo, iż w swojej podstawowej wersji trawa zaledwie 37 minut i 57 sekund, a Ciemna Polana (tłumaczenie nazwy zespołu) paradoksalnie mieni się tysiącem barw.

Blackfield tworzy dwóch przyjaciół Steven Wilson (człowiek instytucja, kompozytor, lider Porcupine Tree, muzyk No-Man) oraz Aviv Geffen (kompozytor, lokalna gwiazda izraelskiej muzyki pop, fan Porcupine Tree). Aviv Geffen w roku 2000 zaprosił Wilsona wraz z jego zespołem Porcupine Tree do zagrania kilku koncertów w Izraelu. Panowie zaprzyjaźnili się ze sobą i postanowili nagrać razem właśnie powyższą płytę. W 2007 roku poszli za ciosem i nagrali „Blackfield II”, równie udany album. Pod koniec marca 2011 r. ukazuje się ich trzeci album „Welcome to my DNA”, a 14 i 15 kwietnia zagrają dwa koncerty w Polsce. Blackfield gościli już w naszym kraju dwukrotnie, w 2004 i 2007 roku. Nowa płyta, jak można się przekonać po wysłuchaniu jej fragmentów na stronie grupy nie pozostaje w tyle za pierwszymi dwoma dziełami Blackfield. Szykują się zatem muzycznie wykwintne koncerty w Warszawie i Krakowie.

Oficjalna strona Blackfield.

Tytułowy utwór z albumu Blackfield.

Blackfield – Pain

Utwór otwierający nowy album zespołu.

wtorek, 8 lutego 2011

Gary Moore 1952 - 2011








W minioną niedzielę odszedł od Nas człowiek, muzyk, artysta, wokalista. 06.02.2011 r. podczas wakacji w Hiszpanii zmarł Gary Moore. Moore był gitarzystą niebywale uzdolnionym, otwartym na różne gatunki muzyczne. Jego kariera i aktywność artystyczna spina ze sobą ponad trzy epoki rock-a i blueas-a. W latach siedemdziesiątych grał w irlandzkim zespole Skid Row, wtedy już osiągnął reputację zdolnego i bardzo sprawnego gitarzysty. Wtedy też poznał Phil-a Lynott-a, basistę, tekściarza i lidera Thin Lizzy. Panowie szybko się zaprzyjaźnili. W roku 1974 Gary Moore zostawił nawet swoje piętno w postaci utworu Still In Love With You (gra w nim na gitarze prowadzącej) na albumie „Nightlife”. Irlandzki gitarzysta często występował przy boku Lynott-a, ale krótko był stałym muzykiem Thin Lizzy. Druga połowa lat siedemdziesiątych to Moore gitarzysta i wokalista Colosseum II - drugiej odsłony brytyjskiej kapeli jazzrockowej. Lata osiemdziesiąte to początek kariery solowej Gary Moore-a, w której pomogł koledze Phil Lynott. W latach osiemdziesiątych gitarzysta zafascynowany muzyką heavy metal nagrał trzy doskonałe albumy iskrzące się od wystrzałowych, błyskotliwych solówek i pięknych melodii. Te albumy to Run for Cover (1985), Wild Frontier (1987) i After the War (1989). W 1990 roku Gary Moore wydał album „Still Got The Blues”. Płyta ta przyniosła mu nie tylko sławę, ale i pieniądze. Porzucił na niej ostre, pełne szalonych temp granie na rzecz stonowanych melodyjnych blues-rockowych utworów. Bluesowemu graniu pozostał wierny już do końca. Szerokiemu gronu słuchaczy z pewnością znane są jego rockowe ballady, w których wymyślaniu i wykonywaniu był mistrzem. Najbardziej znane to Parisienne Walkways (jeszcze z lat siedemdziesiątych zarejestrowany pierwotnie z Phil-em Lynott-em na wokalu) - obowiązkowy na koncertach Moore-a, Empty Rooms (album Victims of the Future 1983 r.), Still Got the Blues (album Still Got The Blues 1990 r.). W roku 1994 został zaproszony przez Jack-a Bruce-a i Ginger-a Baker-a, czyli 2/3 Cream do projektu muzycznego nazwanego później BBM, którego głównym zadaniem było granie na koncertach utworów Crem. Panowie nagrali nawet razem bardzo dobry premierowy album „Around the Next Dream”. Na początku XXI wieku Moore nadal pozostawał bardzo aktywnym wykonawcą, nagrywał nowe płyty dużo koncertował na całym świecie.

W 2008 roku wydał album „Bad for You Baby”. Moją ulubioną bluesująca płytę i chyba najostrzejszą wśród blues-rockowych dzieł Gary-ego. Już początek tego albumu to mocny, „kroczący” blues, którym rozbuja nas Irlandczyk na czas trwania całego albumu. Po nim mamy „grzałkę” w postaci utworu Down The Line. Cały album wypełniony jest utworami w rytmach bluesa, boogie, jakby już gdzieś słyszanymi, tak dużo w nich odniesień i szacunku dla klasycznego rocka i bluesa. Jedyną odskocznią i pieczęcią (znakiem firmowym Moore-a) na tym dziele jest ponad 10-cio minutowy I Love You More Than You'll Ever Know. Oczywiście jest to ballada, oczywiście o miłości, z piękną gitarową solówką zaczynającą się w połowie numeru i doprowadzającą słuchaczy do samego jego końca, aż żal, że się kończy… tak jest cudowny. Cóż album Bad for You Baby to ostatnia płyta z premierowymi piosenkami Gary Moore-a. Straszna strata dla muzyki, tym bardziej, że pozostawał do końca aktywny, miał plany na przyszłość, pewnie jeszcze kilka ładnych lat cieszyłby Nas swoimi nowymi nagraniami. Dobrze, że zostawia po sobie taką masę różnorodnej muzyki, bo to ponad 20 albumów solowych (ponad 30 wraz z płytami koncertowymi) nie licząc wydawnictw z wymienionymi już wyżej zespołami. Gra teraz pewnie dalej, w lepszym miejscu i na pewno spotkał się ze zmarłym w 1986 r. przyjacielem Phil-em Lynott-em. A na wieki pozostanie tylko muzyka.

Ciężko wybrać coś z tak bogatego dorobku artystycznego. Zamieszczam więc trzy materiały wideo, a pod nimi polecam jeszcze trzy linki do zarejestrowanych wystepów Gary Moore-a, w różnych odsłonach, z różnymi kapelami.

Solowe wykonanie Parisienne Walkways przez Gary Moore-a, aż łza się w oku kręci jak się słucha tej gitary.

Gary Moore & Phil Lynott - Out in the fields ( duet przyjaciół z albumu Moore-a Run For Cover)

Gary Moore - I Love You More Than You'll Ever Know (perła z ostatniej płyty - polecam)

Linki do dodatkowych materiałów video:

Thin Lizzy - The Rocker (rok 1974) - Gary Moore w videoclipie z Phil-em Lynott-em, jakość obrazu słaba, ale ile czadu i emocji.

Colosseum II – Inquisition (rok 1978) – Gary Moore z występu telewizyjnego z Colosseum II

Gary Moore - Whiskey In The Jar (rok 2005) – Gary Moore, członkowie Thin Lizzy i przyjaciele w hołdzie Phil-owi Lynott-owi.