poniedziałek, 16 stycznia 2012

Sade Adu - piękna pięćdziesiątka trójka.











Dziś są urodziny Sade. Kobiety pięknej, delikatnej i utalentowanej, której muzyka była i jest dla mnie odskocznią od hardrockowych klimatów w muzyce. Fan gitarowego łojenia musi czasem odpocząć i to własnie Sade od lat jest dla mnie tym swego rodzaju oczysczeniem umysłu.
Sade zacząłem słuchać około roku 1990 od albumu „Stronger Than Pride” (1988), potem sięgnąłem po jej dwa pierwsze albumy „Diamond Life” (1984) i „Promise” (1985), z których brzmienie pozostało chyba jej znakiem rozpoznawczym, aż do tej pory. Na ten niepowtarzalny sound złożyły się: wspaniałe brzmienie saxofonu Stuarta Matthewmana, zawsze wyekspnonowana, wysublimowana linia basu Paula Denmana, wieloletnich współpracowników wokalistki, i oczywiście głos Sade Adu.
W 1992 roku ukazał się album "Love Delux", na którym Sade unowoczesniła brzmienie, nie tracąc nic ze swojej oryginalności. W 2000 roku wokalistka jeszcze odważniej sięgnęła m.in. po samplowane instrumenty na "Lovers Rock" nadal jednak opierając brzmienie o mocną linię basu. Na dziesięć lat Sade zaprzestała nagrywnia nowych płyt. Powróciła 8 lutego 2010 roku albumem "Soldier of Love". Sade wychowana na muzyce Raya Charlesa, Niny Simone, Arethy Franklin i Billie Holiday nie mogła nagrać złej płyty. Spółka kompozytorska Adu, Matthewman, Hale, Denman pokazała, że nie jest to wymuszony powrót artystki, ale potrzeba podzielenia się nowymi wspaniałymi kompozycjami, teraz wzbogaconymi o linie mocnych, wręcz rockowych gitar w tle. Wypadło to znakomicie. W 2011 roku w Polsce płyta uzyskała status diamentowej. Liczę, że Sade uda się nagrać bez specjalnej presji jeszcze kilka płyt. Ona nie musi się z nikim scigać, jest jedyna w swoim rodzaju. Sto lat Sade Adu.










Sade band, od lewej: Paul Denman, Sade Adu, Stuart Matthewman i Andrew Hale.

Nothing Can Come Between Us - trzeci utwór na płycie "Stronger Than Pride"


Turn My Back On You - piąty utwór na płycie "Stronger Than Pride" - moje ulubione wideo do ulubionego kawałka.


The Sweetest Taboo - drugi utwór na płycie "Promise"


Soldier of Love - drugi utwór na płycie pod tym samym tytułem

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Mój TOPTEN najlepszych płyt roku 2011!!!



































Mijający rok był szczególnie łasakwy dla moich muzycznych upodobań związanych z finezyjnym, ale i mocnym rockowym graniem. Rok 2011 to najlepszy album Foo Fighters "Wasting Light", który zawładnął moją głową (i odtwarzaczem) w pierwszej połowie roku. W maju światło dzienne ujrzał, początkowo mający być solowym projektem Roberta Ltzy Friedricha, album "Luxtorpeda" i zakręcił wszystkim w głowach na całe lato. Lokomotywą, która napędziła Luxtorpedzie popularność był utwór pt. "Autystyczny", który juz 32 tygodnie znajduje się w czołówce zestawienia Listy Przebojów Trójki. Druga połowa roku to przede wszystkim prawie niezauważony, bardzo dobry, powrót grupy Screaming Trees płytą "Last Words: The Final Recordings"(sierpień 2011). Szkoda, że płyta Marka Lanegnana i kolegów przepadła gdzieś w rozgłośniach. Słuchałem jej na okrągło, aż do dnia 18 października, dnia premery długo oczekiwanej płyty Jane's Addiction "The Great Escape Artist". Almum Jane's to dla mnie dzieło międzygalaktyczne, genialne i w pełni skończone, niczego na nim nie jest zbyt wiele, niczego na nim nie brakuje (tutaj moja recenzja). Poniżej cała dziesiątka najważniejszych dla mnie albumów minionego roku.

1. Jane's Addiction - The Great Escape Artist
2. Luxtorpeda - Luxtorpeda
3. Foo Fighters - Wasting Light
4. OME - Tomek Beksiński
5. Beth Hart & Joe Bonamassa - Don't Explaine
6. Blackfield - Welcome To My DNA
7. Screaming Trees - Last Words: The Final Recordings.
8. Mastodon - The Hunter
9. Julia Marcell - June
10. Opeth - Heritage

niedziela, 18 grudnia 2011

JANE'S ADDICTION - The Great Escape Artist


















The Great Escape Artist to pierwsze studyjne dzieło Jane’s Addiction po ośmiu latach jakie upłynęły od wydanego w 2003 roku albumu Strays (platyna w Satanach). Dobrze, że po drodze był projekt Perry-ego Farella pod nazwą Satellite Party, w ramach którego nagrał, w 2007 roku, świetny album Ultra Payloaded – to osłodziło trochę czekanie na stare dobre Jane’s.

Płyta rozpoczyna się od razu niesamowitym strzałem w postaci Underground. Genialny, mocny basowy groove i kosmiczne dźwięki wypluwane przez gitarę Davea Navarro w połączeniu z multiplikowanymi liniami wokalnymi Farrella tworzą pełen rockowego magnetyzmu utwór, który mógłby się nie kończyć. Nie mamy co liczyć na chwile wytchnienia. W kolejce czeka jednak doskonały End to the Lies. Ze spokojnego pochodu basowego wpadamy pod koła Addiction-owej machiny, która miele nas za pomocą atomowej sekcji rytmicznej i przeszywających gitarowych akordów. Doskonale też brzmi Perry Farrell w rytmicznie skandowanym refrenie. Curiosity Kills oparty lini basu przeplatanej dźwiekami fortepianu i gitarowymi motywami pędzi prosto do przodu. Jeszcze raz uwagę zwracają ciekawie nagrane i zagrane przez Navarro gitary. Teraz czas na mojego faworyta Irresistable Force (Met the Immovable Object). Z delikatnych dźwieków i jakby melorecytacji zostajemy wystrzeleni w przestrzeń z niebem opartym na rozległych klawiszowych tłach, a napędza nas Navarro, który nie pozwala nam spaść i oderwać się od słuchania. W drugiej części następują po sobie dwie znakomite solówki, na syntezatorach i gitarze. Irresistable Force, który wynosi słuchacza prawie do granic kosmosu, kończy się niespodziewanie "Banging and banging and banging and banging and banging together" Farrella i spadamy razem. Dostajemy się w objęcia dość mrocznego I'll Hit You Back, w którym instrumenty dopełniają aury tajemniczości jaką tworzy tekst Farrella. Szósty na płycie Twisted Tales z niesamowitymi, wywołującymi dreszcze, harmoniami głosu i gitary w refrenie spokojnie może być kolejnym singlem promujacym The Great Escape Artist. Jane’s podpuszczają Nas delikatnym początkiem Ultimate Reason, zaraz rozpoczyna się jednak rockowa kanonada, która nie pozwala nam przerwać rytmicznego machania głową. Na koniec dostajemy jeszcze kilka rozpryskujących się jak szkło akordów gitary. W zegarowym rytmie wprowadzają na panowie we Splash A Little Water On It. Utwór będacy potwierdzeniem geniuszu Perryego Farrella i ekipy, najwazniejszy punkt tego albumu. W tym kawałku muzyki jest wszystko i niczego nie ma zbyt wiele. Genialny riff, piękna melodia doskonale wpasowana sekcja rytmiczna, przestrzenie klawiszowe i potęgujący nastrój tajemniczości tekst Farella. Splash A Little Water On It hipnotyzuje od pierwszych dźwięków do samego końca. Utwór ten rozwija się, narasta, powoli, z konsekwencją, a ostatnią jego minutę możnaby „zapętlić” tak żeby nigdy nie przestac go słuchać. Dla mnie Splash A Little Water On It jest już w kanonie utworów rockowych wszechczasów. Po powyższym uniesieniu Farrell ściąga nas na ziemię, wita Nas w zbolałym, godnym pożałowania, świecie złamanych ludzi – „Welcome to the aching world a woeful world of broken people”. W miarę rozkręcania się utworu Broken People muzyka wydaje się napełniać pozytywnymi emocjami, jednak takst nadal opowiada o ciemnych stronach życia. Words Right Out of My Mouth rozpoczyna się wizytą u psychologa osobnika, któremu wszystko "odbiera jego słowa", teskt można zcharakteryzować naszym: „z ust mi to wyjąłeś”, a opowiada o tym, że wszyscy posługujemy się podobnymi wyrażeniemi, podobną ekspresją. Utwór zamyka płytę i jest prawdziwą koncertową grałką z kąśliwymi gitarami.
The Greate Escape Artist to najlepszy album Jane's Addiction od czasów wydawnictw Nothing's Shocking i Ritual de lo Habitual. Płyta brzmi rewelacyjnie i przyciąga jakiąś aurą tajemniczości, którą chce się ciągle próbować odkryć mimo iż Curiosity Kills czyli ciekawość zabija, to chce się do jej słuchania wracać raz po raz.

"Irresistable Force (Met the Immovable Object)"- Official video


"Underground" from The Late Show with David Letterman.

niedziela, 4 grudnia 2011

OPETH - Heritage


















Album Heritage otwieraja dźwięki fortepianu, z delikatnymi wtrąceniami basu, jak z albumu z muzyką klasyczną. Łagodny fortepianowy utwór tytułowy prowadzi nas do dynamicznego i polamanego rytmicznie The Devil's Orchard, w którym dostajemy cały koloryt Opeth. Znakomite gitary, piękne, nastrojowe tła tworzone przez instrumenty klawiszowe, zaś perkusja z basem dynamicznie sterują intensywnością całości. W Devil’s Orchard jest coś z ducha King Crimson, Uriah Heep i Wishbone Ash. Po nim otrzymujemy przecudny rozbudowany I Feel the Dark. Otwiera go gitara akustyczna i śpiew Mikaela Åkerfeldta. Potem dołączają budujące niesamowitą atmosferę klawisze i transowa sekcja rytmiczna. Utwór ten jest jak książka składająca się z wielu rozdziałów. W czwartej minucie, po krótkiej pauzie, dostajemy solidnego „symfonicznego kopa”, motyw z pierwszej części zostaje mocno zaakcentowany przez wszystkie instrumenty. – po chwili muzycy wracają do delikatniejszego grania, a utwór spina jak klamrą gitara akustyczna. Kolej na utwór Slither - czadowy kawałek ze współbrzmieniem gitar i klawiszy rodem z Deep Purple. Nastepujące po nim Nepenthe rozpoczynają dźwieki gitary kojażące się z pluskiem wody, fali. Z tej błogości wyrywają nas organy narzucające połamany jazzujący temat, za którym w szalonym biegu podąża cały zespół by po chwili ponownie wrócić do spokojnego frazowania dźwięków. Haxprocess uspokaja nastrój wokalno-klawiszowym dialogiem oraz nawiązującym do lat sześćdziesiątych brzmieniem. W podobnym klimacie utrzymane jest Famine. The Lines In My Head z mocno zaznaczoną Crimsonowską linią basu i przestrzenny Folklore czarują słuchacza do samego końca. Koniec albumu stanowi instrumentalny Marrow of the Earth. Utwór z prostą, ale piekną melodią wzmagającą się do samego końca.
W czasie słuchania każdego z utworów zwraca uwagę genialna praca perkusji, za którą zasiada w Opeth od 2006 roku Martin "Axe" Axenrot, jest to jego drugi studyjny album nagrany z Åkerfeldtem i kolegami. Jego poprzednik Martin Lopez był moim zdaniem doskonały, ale Axe jest jeszcze lepszy wnosi wiele finezji do muzyki zespołu. Płyta ta jest potwierdzeniem talentu i technicznych umiejętności całego zespołu. Opeth zaś pierwszy raz nagrał album, na którym calkowicie porzucił elementy charakterystyczne dla death metalu. Lider kapeli, Mikael Åkerfeldt, od dawna nosił się z zamiaram nagrania takiego materialu i można nawet stwierdzić, że przygotowywal na to fanów zespołu. Z płyty na płytę pijawiało się coraz więcej elementów rocka progresywnego. Były utwory z wokalnym growlingiem, ale przeplatały się z takimi w których Mikael śpiewał cały czas bez tego charakterystycznego dla pierwszych płyt grupy brudu. Linie instrumentów też ewoluowały w kierunku bardziej przejżystego brzmienia. Wszystko zaś zabrzmiało tak jak w najlepszych latach rocka progresywnego, a jednoczesnie nowocześnie dzięki przyjacielowi Mikaela Åkerfeldta Stevenowi Wilsonowi, który płytę zmiksował. Steven Wilson produkował wczesniejsze albumy Opeth: Blackwater Park, Deliverance i Damnation. Wilson mniej więcej w czasie pracy nad Heritage dokonywał remiksów płyt King Crimson do reedycji ich płyt i nie da się ukryć, że przeniósł trochę ducha Szkarłatnego Króla na Album Heritage Opeth, a że Heritage oznacza dziedzictwo to wszystkie nawiązania i skojarzenia są jak najbardziej na miejscu. Najnowsza płyta zespołu jest wytworem geniuszu muzyków, a Opeth wyrósł w moim odczuciu na największą, najlepszą na świecie kapelę prog-metalową. Heritage zajmie z pewnością miejsce wśród najlepszych płyt roku 2011. Moim zdaniem opus magnym Opeth był wydany w 2005 roku Ghost Reveries.

Rocznica śmierci Mirosława Olszówki i IV edycja Inne Brzmienia Art'n'Music Festival














30 listopada minął rok od śmierci Mirosława Olszówki, aktora, mima, reżysera, managera zespołów Voo Voo i Osjan, twórcy Teatru Scena Ruchu, ale dla mnie przede wszystkim twórcy odbywającego się od czterech lat w Lublinie festiwalu Inne Brzmienia – w tym roku pierwszy raz bez niego. 3 grudnia w Radiowej Trójce, w sudiu im. Agnieszki Osieckiej artyści skupieni wokół ostatniego projektu muzycznego, jaki Mirek Olszówka powołał do życia, Harmonia oddali mu hołd. Całość oparta była na pomyśle Mirka na połączenie stylistyk muzyki współczesnej: od ballady, rocka, reggae po brzmienia ukraińskie i żydowskie. Był to bardzo piękny, ciepły i przepełniony pozytywnym przesłaniem koncert.
Czwartą edycję INNE BRZMIENIA ART'N'MUSIC FESTIVAL w Lublinie organizacyjnie po śmierci Mirka Olszówki dopiął Janek Taraszkiewicz, producent wykonawczy festiwalu. Chwała mu za to, będąc na dwóch głównych koncertach tej edycji Innych Brzmień, widziałem, że dosłownie wszędzie go było pełno. Z telefonem „przy uchu” czuwał od początku, aż do wyjścia ostatnich gości po każdym koncercie, każdego dnia.






























11 lipca miałem szczęście dostać się na koncert Johna Portera w Teatrze Andersena. Teatr Andersena prowadzi od jakiegoś czasu Scene muzyczną. Na występ John Porter Band przybyło dwa razy więcej ludzi niż mogła pomieścić sala, ale wszyscy weszli do środka. Zespół na scenie był na wyciągnięcie ręki. Mimo otwartych wszystkich drzwi ewakuacyjnych szybko zrobiło się bardzo gorąco. Nawet John poczuł się jak w małym londyńskim klubie, a jego show podniósł temperaturę jeszcze bardziej. John Porter wykonał repertuar ze swojej ostatniej płyty Back In Town oraz kilka swoich starszych kompozycji m. in. mój ulubiony „Ain't Got My Music”. Koncert trwał ponad 100 minut. Za całego zespołu lał się pot, ale widac było że są szczęśliwi, a John byłt wręcz zaskoczony tak dobrym przyjęciem, ale co tu dużo mówić ma energię rock’n’rollowego zwierzaka i jest bardzo bezpośrednim człowiekiem.
12 lipca poszedłem na specjalny koncert w Bazylice oo. Dominikanów w Lublinie zamykający tę edycję festiwalu. Voo Voo Akustycznie, koncert z towarzyszeniem lubelskiego kwartetu smyczkowego Ladies String Quartet. Impreza była na zaproszenia, ale wziałem udział w konkursie zorganizowanym przez organizatorów festiwalu na profilu Innych Brzmien na Facebooku i udało się. Koncert dedykowany był zmarłemu Mirkowi Olszówce. Miejsce i okazja występu sugerowały, że będzie patetycznie i smutno, ale przecież Kiton nie tego sobie by życzył. Było więc kilka utworów refleksyjnych, ale przeważało granie z jakiego znane jest Voo Voo, rockowo z zakręconymi saksofonowymi solówkami Mateusza Pospieszalskiego i jego plemiennymi wokalizami, które udzielały się również publiczności. Było wiele emocji i wzruszeń.. Ludzie po wychodząc zakończeniu podchodzili do Janka Taraszkiewicze żeby osobiście uścisnąc mu dłoń i podziękować za tak magiczny wieczór, a on zaprosił wszystkich na Plac po Farze na światełko do nieba dla Mirka czyli puszczanie papierowych lampionów. Widok dziesiątek szybujących nad Starym Miastem świateł dopelnił magii wieczoru i zakończył czwartą edycję Innych Brzmień. Mirek Kiton Olszówka pewnie uśmiechał się gdzieś tam w niebie.




















































Poniżej trzy filmy z zasobów użytkowników Youtube:
AndersenPromo, debosco film i LublinGW.





niedziela, 2 października 2011

Franka De Mille - Lublin 10.09.2011 r.









10 września 2011 roku w ramach Europejskiego Festiwalu Smaku odbył się koncert Franki De Mille. Było to doniosłe wydarzenie bo był to pierwszy koncert tej brytyjskiej artystki w Polsce. To, że Franka De Mille znalazła się w Lublinie było zasługą Pana Waldemara Sulisza, pomysłodawcy i dyrektora Europejskiego Festiwalu Smaku w Lublinie, który zaprosił wokalistkę do naszego miasta. Koncert Franki De Mille rozpoczął się po godzinie 20 na Placu Po Farze. Na scenie pojawiła się skromna, uśmiechnięta kobieta w otoczeniu muzyków i po chwili zabrzmiało I pray for you, zupełnie nowy utwór (premiera koncertowa), który Franka zadedykowała swojemu „polskiemu bratu”, który w Polsce od dwóch lat pomaga jej we wszystkim, między innymi tłumaczy teksty. Kolejnym utworem był Birds, przejmująca, pięknie rozwijająca się muzycznie ballada dedykowana przez artystkę jej zmarłemu ojcu. Po nim zabrzmiały Fallen i Bridge the Roads, tytułowy utwór z płyty Franki De Mille, z pięknym refrenem i dynamiczną gitarą akustyczną. Utwór ten spowodował żywiołową reakcję publiczności. Po nim przyszedł czas na So Long, mój ulubiony, chyba najbardziej nastrojowy i wywołujący przyjemny dreszcz na plecach, a opowiadający o trudnej drodze pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Franka w jego interpretacji i ruchu scenicznym bardzo przypominała mi Kate Bush, którą jak wiem sama również ceni. W dalszej części koncertu artystka postanowiła utrzymać nastrój i zaprezentowała nam Oh my, cudowną balladę z towarzyszeniem fortepianu i sekcji smyczkowej. Przy pogodnym You'll Never Know, a później przy utworze Solo, publiczność zgromadzona pod sceną była już zupełnie oddana France, odpowiadając na jej gesty i odwzajemniając posyłane ze sceny uśmiechy – zaistniała niewidzialna, ale wyczuwalna więź. Franka podczas koncertu w Lublinie zaprezentowała, oprócz otwierającego koncert I pray for You, jeszcze trzy nowe utwory: Farewell it will be, Where the Black Crows go i Let us talk, które znajdą się na przygotowywanej na przyszły rok, zupełnie nowej płycie. Wcześniej jednak zabrzmiał przecudnej urody Gare Du Nord w części śpiewany w języku francuskim, a opowiadający o siostrach rozdzielonych przez koleje losu. Utwór ten Franka napisała dla swojej siostry. Cała płyta Franki De Mille jest bardzo osobista, piosenki opowiadają o tym czego artystka sama doświadczyła, o trudnej młodości i o sprawach ostatecznych, ale i o nadziei. Koncert formalnie zakończyła piosenka Come On (utwór otwierający płytę Bridge the Roads) i chyba najbardziej, jeśli mogę użyć tego słowa przebojowa pozycja na płycie, promująca wydawnictwo w mediach. Na koniec Franka zaproponowała Nam piosenkę meksykańską La Martiniana będącą również jej ukłonem w stronę zmarłego ojca, który bardzo lubił muzykę z tego kręgu kulturowego. Podczas całego występu czuło się, że artystka daje całe swoje serce. Słuchacze dali się oczarować smutnym, ale wykonanym z dużym ładunkiem emocji piosenkom. Owacjom nie było końca, Franka przedstawiła jeszcze towarzyszących jej muzyków, a na scenie pojawił się dyrektor lubelskiego festiwalu z kwiatami dla artystki. Po koncercie były autografy i pamiątkowe zdjęcia, a w powietrzu nadal pozostawała magia niedawno zakończonego koncertu. Repertuar przedstawiony przez Franke De Mille to utwory ambitne, ocierające się o piosenkę poetycką, ale o korzeniach bliskich takim artystom jak Patti Smith, Kate Bush czy Tori Amos. W warstwie muzycznej przeważa gitara akustyczna i sekcja smyczkowa (wiolonczela i skrzypce). Sama wokalistka określa swoją muzykę jako „acoustic-baroque-folk”. Jednak najlepiej posłuchać wieczorową porą płyty Franki lub wybrać się na jej koncert, bo z pewnością do Nas wróci, ma już w Polsce spore grono fanów.

Franka band members:

Kevin Armstrong - lead guitar (muzyk Iggy Pop-a, Morrissey-a, David Bowie, Sinead O’Connor and many more)

Rupert Gillett - piano/guitar

Antonia Pagulatos - violin

Leonie Adams - cello

Matt Dean - drums

Sandy Beales - bass









Przed koncertem Franki udało mi się umówić na spotkanie z Wojciechem Ossowskim z Polskiego Radia, z Trójki, w której prowadzi on niesamowitą nocną audycję Ossobliwości Muzyczne - pełną muzyki folkowej, folk-metalowej, niesamowitych opowiesci oraz książek z "dreszczykiem". Spędziliśmy razem ponad godzinę siedząc w Pubie u Szewca i rozmawiając o radiu i muzyce. Po koncercie spędziliśmy wspólnie z artystami jeszcze kilka dodatkowych godzin. Wojciech Osoowski jest osobą bardzo otwartą, ma niesamowity umysł - często zaskakuje barwnymi skojarzeniami oraz wiedzą muzyczną (z wykształcenia jest muzykologiem). W domu zrobiłem z tego sporo notatek aby z upływem czasu nie utracić nic z opowieści Pana Wojtka m.in. o jego radiowych początkach. Może kiedyś jak to uporządkuję i jeśli Wojciech Ossowski się zgodzi umieszczę fragmenty na blogu.



















Wojciech Ossowski i Paweł Yaho

Orange Warsaw Festival 2011








17 czerwca wybrałem się z córką na Orange Warsaw Festiwal 2011. Ja pojechałem na festiwal dla Skunks Anansie, a moje dziecko dla My Chemicale Romance. Na nowy stadion Legii dotarliśmy odpowiednio wcześnie mimo, iż mieliśmy wykupione bilety z miejscówkami na trybunie vis-a-vis sceny. Przy wejściu na stadion zostaliśmy zaobrączkowani, zabrano nam nasze małe plastikowe buteleczki z wodą i już mogliśmy wdrapywać się po schodach na naprawdę robiący wrażenie obiekt. Pierwszy dzień festiwalu rozpoczął się od występów zespołu finalisty Finalisty WOW! Music Awards, pamiętam, że był to zespół Pauliny Przybysz (z grupy Sistars) oraz gwiazdki programu Idol Michała Szpaka, doskonale sprawdzającego się w coverach rockowych.

Przed godziną 21-ej na scenie pojawił się My Chemical Romance wzbudzając szał wśród licznie zgromadzonej głównie dziewczęcej publiczności. Był to pierwszy występ kapeli w Polsce i z pewnością sam zespół nie mógł być rozczarowany. Fani przygotowali trzy specjalne akcje na koncert MCR. Były uniesione kartki z napisami NA NA przy utworze Na Na, biało-czerwone maski przy Sing oraz różnokolorowe latarki przy Planetarny (GO!). Koncert My Chemical Romance był swoistym greatest hits kapeli, festiwalowy set był krótki. Zespół stanął na wysokości zadania. Gorzej natomiast było z nagłośnieniem ich występu, raz więcej było dźwięków wysokich innym razem znowu więcej było niskich – mimo to entuzjazm najmłodszej części publiczności nie malał ani na chwilę.

Po krótkiej przerwie, w trakcie której znacznie przybyło fanów muzyki na płycie i trybunach stadionu, około godz. 22-giej sceną rzadziło już Skunk Anansie i najlepsza na świecie frontmanka - Skin. Zespół od razu zmiażdżył słuchaczy pierwszym utworem Yes It’s Fucking Political. Potem były między innymi I Can Dream, My Ugly Boy, Charlie Big Potarto, Because of You, Hedonism (Just Because You Feel Good) odśpiewany razem z fanami i Weak podczas którego Skin zeszła do publiczności i rozpoczęła niesamowitą wędrówkę po rękach fanów (ciągle śpiewając) by na koniec utworu upaść do tyłu w ramiona ochrony. To była druga wizyta Skunks Anansie w Polsce, w ubiegłym roku zespół wystąpił na Open’erze. Widać było, że fantastycznie gra im się u Nas. Skin na scenie cały czas była w ruchu, cały czas otwarta na reakcję publiczności, a ludzie reagowali na jej gesty, śpiewali z nią refreny piosenek. Był to dla mnie najważniejszy i najlepszy występ czwartej edycji Orange Warsaw Festiwal 2011. Po zdecydowanie rockowej lwiej części tego dnia festiwalu przed północą na scenę wyszedł Moby i zaczęła się impreza wręcz taneczna. Moby zaczął od In My Hart, potem były jeszcze Why Does My Heart Feel So Bad?, geanialne Lift Me Up, Porcelain i Natural Blues. Niestety potem, moim zdaniem, Moby z zespołem zepsuli atmosferę swojego występu zaczynając grać bardzo mocno tranceowo, ilość bitów na sekundę była tak duża, że część publiczności, może tej bardzie rockowej, zaczęła wychodzić. Dzięki takiemu biegowi spraw zdążaliśmy na parking bez przepychania się przez tłum ludzi, a i odjazd samochodem spod stadionu nie sprawił większego problemu.

Wracając jeszcze do samych koncertów na szczególną uwagę zasługiwała oprawa świetlna zarówno sceny jak i całego stadionu Legii. Lasery, które stworzyły w pewnym momencie falujący świetlny dach zapierały dech w piersiach. Dodatkową atrakcją tego czerwcowego, koncertowego, bardzo gorącego dnia w Warszawie było spotkanie z dj-em stacji Antyradio, wokalistą kultowej formacji reggae Basstion z przełomu lat 80-tych i 90-tych, Przemysławem Jah Jah Frankowskim, który zaprosił Nas kilka dni wcześniej do odwiedzenia Antyradia na ulicy Żurawiej przed koncertem. Było więc krótkie zwiedzanie oraz obserwacja Jah Jah Frankowskiego przy pracy. Na koniec moja córka zrobiła Nam zdjęcie na tle studia im. Janusza Kosy Konińskiego. Dzień był intensywnie rock n roll-owy.