niedziela, 19 grudnia 2010

PROLETARYAT - Prawda (2010)











Proletaryat to zespół, który zaczynał swoją działalność w momencie, gdy miałem już jakieś pojęcie o muzyce, słuchałem jej już bardzo wiele i bardzo różnej. Byli głosem pokolenia lat 80-tych i 90-tych. W 1990 pojawiła się płyta „Proletaryat”, a właściwie kaseta, pierwszą płytą, winylową, chłopaków z Pabianic jaką posiadłem był „Proletaryat” z 1991 roku z piękną czerwoną, błyszczącą okładką. Wtedy to była kapela serwująca ostrą punkową jazdę ze ścianą gitarowego hałasu. Miało to ogromną siłę przekazu wraz z tekstami wokalisty Tomasza "Oley-a" Olejnika opisującymi naszą polską rzeczywistość. Proletaryat grał w pierwszej polowie lat 90-tych masę koncertów. Kawałek pt. „Proletaryat” był nawet sygnałem programów Jurka Owsiaka w TV. W roku 1994 wraz z albumem „IV” zespół dojrzał i pokazał swoją zdecydowanie hard rockową, a nawet heavy metalową stronę. Nie ważne naprawdę czy było to spowodowane trwającą modą na grunge, ważne, że dało kapeli jeszcze większą moc. Stali się symbolem polskiego, siarczystego rocka, a były to naprawdę piękne czasy. Na topie były takie kapele jak Houk, Illusion, Hey…

Potem Proletaryat tak jak cały polski rock padł ofiarą małego zainteresowania muzyką rockową nowo powstających komercyjnych stacji radiowych. Płyty wydawali nieregularnie, nie mieli już tak silnej promocji medialnej, ale nie zaprzestali grania. We wrześniu 2010 roku ukazała się nowa płyta ProletaryatuPrawda”, która jest kontynuacją drogi jaką panowie obrali w 1994 roku. Na Prawdzie jest tylko znacznie mocniej, riffy są bardziej mięsiste, a teksty są takie, że każdy znajdzie taki, w którym (jak mówi Oley) będzie się mógł przejrzeć jak w lustrze. Moje ulubione numery na nowym albumie Proletaryatu to otwierający płytę Podły, z tekstem na temat kryzysu w związku między kobietą, a mężczyzną. Riff i rytm tego utworu sprawiają wrażenie samonapędzającej się maszynki. Drugi to numer trzeci na płycie Myśl. Klasyczne hard rockowy patent na riff, ale jak zagrany, i Oley śpiewający tak, że ciarki się ma na plecach :) . Ból, piąty utwór, pięknie zaaranżowana rockowa ballada, opowiada o uczuciach, którym nie dane jest rozkwitnięcie bo nie trafily na dobry czas. Wciąga mnie i hipnotyzuje ósmy na Prawdzie, Punkt. Akordy w riffie przywodzą na myśl najlepsze muzyczne momenty na płytach np. Soundgarden i to nie zarzut. Kawałek nie jest krótki, ale jest bardzo nośny i ma wiele smaczków, które wyłapuje się w kolejnych przesłuchaniach. Płytę zamyka Moc - jaka moc jest uśpiona we wszystkich naszych gorzkich wspomnieniach, do czego mogą doprowadzić skrywane żale? – stonowana zwrotka przechodzi w oszalały refren z mocnym, wgniatającym w ziemię motywem. Na płycie słychać świetną pracę całego zespołu. Gitara i bas nagrane zostały selektywnie, więc instrumenty słychać bardzo wyraźnie. Perkusja jest jak dynamit, dużo zmian tempa, siły uderzenia, zero monotonii w grze. Proletaryat 2010 to monolit, w którym na równi ze sobą stoją brzmienia instrumentów i teksty, a Oley i koledzy mogą zacytować Mike Stipe-a (R.E.M.): „Mam świadomość, że pismo, które nas krytykowało i niejedna stacja radiowa, która nie chciała nas grać, już nie istnieje, a my gramy dalej". Proletaryat po bez mała 25-ciu latach na scenie mają tę siłę i z pewnością nagrają jeszcze dużo świetnej muzyki.

Obecny skład zespołu:

Tomasz "Oley" Olejnik – wokal

Dariusz "Kacper" Kasprzak – bas

Robert "Mały" Hajduk – perkusja

Wiktor Daraszkiewicz – gitara


Singiel promujący album "Prawda", Ból

Jeden z moich faworytów na płycie, Punkt


Oficjalna strona Proletaryat -u

poniedziałek, 13 grudnia 2010

VOO VOO - Wszyscy muzycy to wojownicy











16 listopada 2010 roku Pan Wojciech Waglewski z kolegami czyli VOO VOO wydali niesamowitą płytę „Wszyscy muzycy to wojownicy”. Płyta jest tak wyjątkowa bo nagrana została na tzw. „setkę”, bez komputerowego wygładzania i poprawiania. Nagrana na żywych instrumentach, których dźwięki zarejestrowane zostały na taśmie, płyta sprawia wrażenie, że zespół gra na żywo właśnie teraz, właśnie dla nas, i również dlatego słucha się jej bardzo przyjemnie. „Bardzo mnie pobudziła płyta Kim Nowak. Niezależnie od tego, że znam ludzi, którzy ją nagrali. Jest to pierwsza rock’n’rollowa płyta, jaka się pojawiła w Polsce od 10, czy 15 lat” – mówi Wojciech Waglewski w jednym z wywiadów. Dlatego pewnie nowe Voo Voo brzmi tak mocno i rockowo. Muzycy sprzedali wszystkie nowe, a zaczęli kupować stare instrumenty. Płyta jest, również zdaniem Waglewskiego, mało radiowa (może oprócz utworu tytułowego) - „Jeśli nawet pojawiają się tu ładne piosenki, ze dwie lub trzy, to są całkowicie „popsute” przez Mateusza (Pospieszalskiego), lub mają chrapliwą gitarę albo wokal.” (W.Waglewski dla Teraz Rock). Wszystkie powyżej wspomniane elementy składają się na to, że stawiam nową płytę Voo Voo obok albumu nagranego przez synów Waglewskiego, Kim Nowak.

Już otwierająca płytę Zbroja brzmi potężnie, głównie dzięki saksofonowi barytonowemu Mateusza Pospieszalskiego. Utwór wzbogaca szalona, improwizowana gitarowa solówka Wojciecha Waglewskiego. Drugi numer to mój ulubiony Miłobyłoby mi z klimatyczną, brudną gitarą we wstępie, po której następuje rytmiczna rockowa jazda z solówką, która nieodparcie kojarzy się z brzmieniem i sposobem gry Hendrix-a. Jest to jeden z tych momentów na płycie, że „palce lizać”, cały zespół niesiony jest improwizacją Waglewskiego i brzmi jak nigdy wcześniej Voo Voo nie brzmiało. Po nim następuję klasycznie rock’n’roll-owy Mało mnie rusza. Dopiero akustyczny Język, gęba, strój daje słuchaczowi chwile wytchnienia (piękna  solówka Pospieszalskiego na klarnecie). Klecina to oparty na bębnach Stopy i plemiennych wokalizach Mateusza Pospieszalskiego utwór o „kleceniu” tekstu. Kolejny, Osioł jest przy pozostałych, klasyczna piosenką Voo Voo, może to przez wesołą melodię i cymbałki będące głównym w nim instrumentem. Numer siódmy na płycie to Gruz zagrany przez Waglewskiego na instrumencie dobro (gitara z metalowym „sercem” tuż za mostkiem, w miejscu otworu rezonansowego). Dobro dostał lider Voo Voo w prezencie od managera zespołu Mirka Olszówki. To co zostanie (drugi singiel z płyty) z mądrym tekstem o przemijaniu rzeczy materialnych i takich, którymi żyją obecnie media, a sile dobrych uczuć i relacji międzyludzkich, które zostają na zawsze. Piękny spokojny utwór „zepsuty” :) , jak mówił Waglewski, szaloną skrzeczącą i piszczącą saksofonową solówką Pospieszalskiego – daje ona jednak ciekawy rezultat będąc w kontrapunkcie do całości klimatu To co zostanie (nie udało się ustalić komu utwór jest dedykowany). Numer dziewięć, Za głupi, to numer dedykowany Tadeuszowi Nalepie, muzycy starali się oddać klimat i filozofię utworów Nalepy, zarówno w muzyce jak i w tekście. Mają się nas bać to taka „koncertowa bateryjka”, rock’n’roll-owa gitara i dęciakami. Wyć się zachciało, jazgoczący kawałek o chęci, tęsknocie, za nieskrępowaną odrobiną szaleństwa – „…To właśnie dla tego by lżej było żyć wytykam gębę z dziury by wyć”. Dwunastka to Wszyscy muzycy to wojownicy (pierwszy singiel), utwór, który jest ironicznym spojrzeniem na branżę muzyczną w Polsce - artyści w kraju mówią wszędzie, że muszą "walczyć" o to by być granymi przez media. Jednak hasło tytułowe zostało potraktowane przez większość ludzi dosłownie. Płytę zamyka zagrane przez pana Wojciecha Waglewskiego na gitarze akustycznej Nico - …”wszystko znika, a zostaje muzyka…”

Płyta ta jest potwierdzeniem wielkości Wojciecha Waglewskiego i spółki i dowodem na to, że rock’n’roll nie umarł. Tę płytę trzeba po prostu mieć.








Aktualny skład VOO VOO:

Wojciech Waglewski – gitara, śpiew – autor tekstów, kompozytor, aranżer, lider zespołu

Mateusz Pospieszalski – saksofony, flet, klarnet basowy, instrumenty klawiszowe, akordeon, śpiew – kompozytor, aranżer

Piotr "Stopa" Żyżelewicz – instrumenty perkusyjne

Karim Martusewicz – kontrabas, gitara basowa

Oficjalna strona Voo Voo

sobota, 4 grudnia 2010

Robert Plant - Band of Joy











W listopadzie wspomniałem Roberta Planata przy okazji nowej płyty Bryana Ferry, bo jest on dla mnie obok Ferry-ego najbardziej rozpoznawalnym wokalistą.

13 września 2010 roku wydany został dziewiąty studyjny, solowy, album Planta „Band of Joy”. Robert Plant jest muzykiem, który nie musi niczego udowadniać, nie musi się z nikim ścigać, nie musi podążać za modą – wystarczy, że śpiewa, a nieustannie jest w znakomitej formie wokalnej. Nowa płyta brytyjskiego wokalisty nie jest materiałem autorskim, jest to zbiór różnych klasycznych mniej lub bardziej znanych utworów, tylko jeden, Central Two-O-Nine, jest autorstwa Planta i Buddy-ego Miller-a (gitara elektryczna, produkcja płyty). Płyta to taka podróż w przeszłość Roberta Planta do czasów przed zeppelin-owych kiedy Plant wraz z John-em Bonham-em występował w kapeli o nazwie właśnie Band of Joy. Zespół działał w latach 1966-1968 i grał głównie cudze, soulowe i bluesowe kompozycje. Na „Band of Joy” Planta znajdziemy dużo country, folka, bluesa, a nawet coś na irlandzką nutę. Brzmienie płyty przywodzi również na myśl brzmienia płyt Led Zeppelin z ich akustycznych okresów. „Band of Joy” pełne jest łączenia i przenikania się ze sobą muzyki elektrycznej i akustycznej, rytm utworów potęguje dodanie dodatkowej sekcji rytmicznej wspomagającej bas i perkusję. Moje ulubione utwory na tej płycie to zeppelinowski Angel Dance, country-owy House of Cards, niepokojący i przygnębiający Monkey (doskonale wspiera w nim Roberta Pani Bekka Bramlett), oparty na motywie pieśni tradycyjnej Satan Your Kingdom Must Come Down oraz skoczny prawie beatlesowski You Can't Buy My Love. Robert Plant we wszystkich utworach śpiewa spokojnie, bez popisów wokalnych, na które z pewnością jeszcze go stać. Słychać, że zależy mu na melodii i przekazaniu nastroju słuchaczowi. Plant cały jest z muzyki i po jaki repertuar nie sięga to wprowadza świeżość, ale i klasyczny sznyt. Nie bez przyczyny w 2006 roku piosenkarzowi przyznano pierwsze miejsce na liście 100 najlepszych wokalistów wszech czasów (Hit Parader).

Video do Angel Dance, singla promujacego album.

Mój ulubiony - Monkey, z koncertu w BBC Radio 2.

 

czwartek, 2 grudnia 2010

Trzeba mieć marzenia do gwiazd, wtedy te mniejsze też się spełniają - Mirosław Olszówka (1960-2010)

Dowiedziałem się o tym 2 grudnia, dowiedziałem się o tym, że we wtorek 30 listopada zmarł człowiek, który w moim widzeniu świata zrobił najwięcej dla jego części jaką jest moje miasto, Lublin. Zmarł w wieku 50 lat Mirosław „Kiton” Olszówka. Człowiek orkiestra animator  kultury, aktor, mim, reżyser, menadżer zespołów Voo Voo i Osjan, producent płyt. Ożywił Zamek w Janowcu organizując na nim od 2002 roku wiele imprez artystycznych i promując go wśród turystów polskich jak i zagranicznych. Jak się okazuje jego koronnym przedsięwzięciem był  INNE BRZMIENIA ART'N'MUSIC FESTIVAL  w Lublinie, który jak sam mówił stworzył dla Lublina, miasta ubiegającego się tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w roku 2016. Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w 2008 roku, w tym roku była już (dopiero) trzecia edycja. Na Inne Brzmienia Art’n’Music Festiwal w 2008 i 2009 roku byłem na wszystkich koncertach i wystawach na jakie dałem radę pójść. W roku 2010 niestety, niestety nie byłem na koncertach festiwalowych, ale kręciłem się po starym mieście i robiłem zdjęcia około festiwalowe oraz zdjęcia wystaw fotografii na ścianach kamienic lubelskich. Główną atrakcją tegorocznej edycji był urodzinowy koncert zespołów Voo Voo i Raz Dwa Trzy, a dla mnie również obecność na lubelskim festiwalu Programu Trzeciego Polskiego Radia w osobie Piotra Stelmacha. Mirek Olszówka jako ideę Innych Brzmień postawił przenikanie się kultur z całego świata, spotkań artystów w trakcie aranżowanych wspólnych koncertów, wreszcie spotkań artystów z publicznością. Każdego roku cieszyłem się na lipiec w Lublinie bo wiedziałem, że będą Inne Brzmienia i że Mirek Olszówka znów Nas czymś zaskoczy. Kiton wpisał się już na stałe do historii miasta, do historii muzyki. Kolejny festiwal w 2011 roku zapewne będzie, może otrzyma jego imię? Jednak parafrazując piosenkę myślę, że Inne Brzmienia bez Kitona to jak Yoko Ono bez Lenona.

P.S. tytuł artykułu to motto życiowe Pana Miroslawa „Kitona” Olszówki. Tacy ludzie zostawiają po sobie puste miejsce w przestrzeni w jakiej żyli.

Poniżej załączam moje zdjęcia z otoczenia trzeciej edycji festiwalu oraz film o jednym z dni festiwalowych INNE BRZMIENIA 2010 ART'N'MUSIC FESTIVAL LUBLIN – LVIV, a na koniec sam Mirosław Olszówka mówi o swoim życiu w Lublinie o ciągłym realizowaniu coraz to nowych pomysłów artystycznych.

Moje Inne Brzmienia

Mirosław Olszówka o sobie, o Lublinie.

Strona Inne Brzmienia Art’n’Music Festiwal





































środa, 1 grudnia 2010

Skunk Anansie - powrót i "Wonderlustre" (2010)











Skunk Anansie to niesamowita brytyjska grupa rockowa, która swoje triumfy święciła w latach 90-tych. Działalność zawiesili w roku 2001, a powrócili na światowe sceny w 2009. W czasie przerwy w działalności grupy Skin nagrała dwa znakomite albumy solowe ( Fleshwounds w 2003 i Fake Chemical State w 2006 ) nadal pozostając sobą czyli drapieżną łysą rockerką. Powrót zespołu poprzedził album „Smashes & Trashes” (2009) zawierający najbardziej znane i najbardziej popularne utwory zespołu, aż pęka od rockowych pereł. Zawiera między innymi takie jak, jeden z pierwszych singli Skunk, Selling Jezus, czy kawałek Charlie Big Potarto, który nadał rozpęd karierze grupy oraz Tear the Place Up, Weak czy Hedonizm będące już klasykami grupy i pokazujące jak Skin i koledzy potrafią łączyć ostre rockowe granie z finezją i lekkością, nie zahaczając w tworzonej muzyce o miałkość i nijakość. Na Smashes & Trashes znalazły się również dwa nagrania premierowe śliczna ballada Squander i Because of You z przejmującym tekstem i doskonale stopniującą napięcie muzyką oraz riffem, który sprawia, że ma się ciarki na plecach, no i śpiewająca „pełną piersią” Skin.











13 września 2010 roku zespół wydał nowy całkowicie premierowy album „Wonderlustre”, którym Skunk Anansie potwierdzili swoją formę. Nowa płyta pokazała również, że żadna kapela nie jest tak charakterystyczną żeby mogła zająć przez tych kilka lat nieobecności zespołu ich miejsce na światowych scenach, a to zasługa jedynej w swoim rodzaju wokalistki jaką jest Skin i pozostałych muzyków otwartych na muzykę i tym samym nie dających się zaszufladkować w jednym muzycznym stylu.

Słuchając otwierającego płytę God Loves Only You czuję się jakbym wszystko mógł, jakby jakaś siła dawała mi nieskończoną moc. Potem hicior My Ugly Boy, co tu dużo pisać świetny utwór, nośny refren, niesamowita Skin (do tego kawałka powstało doskonałe video nakręcone w podziemnym parkingu w Belgradzie). Na wyróżnienie zasługuje również liryczny, ale nie pozbawiony mocy Talk To Much, rytmiczny The Sweetest Thing z chórkami jak z lat siedemdziesiątych oraz zdecydowany rockowy Feeling The Itch. Mam nadzieję, żę Skunk Anansie przez jeszcze ładnych kilka lat cieszyć będą nas swoją muzyką.

Oficjalna strona Skunk Anansie

Skunk Anansie na Allmusic.com

Poniżej kilka  clipów zespołu (pierwszy raz, aż tyle, ale nie mogłem się powstrzymać i ciężko mi było i tak z kolejnych kilku zrezygnować).

Hedonism

Weak - live

Because of You

My Ugly Boy


niedziela, 28 listopada 2010

ARTROSIS - koncert - Krasnystaw 26.11.10

Piątek 26 litopada 2010 roku, około godz. 18.00. Mroźny wieczór w Krasnymstawie. Pod Krasnostawskim Domem Kultury jeszcze pusto. Na parkingu w samochodach z zapalonymi silnikami ogrzewają się i oczekują najwierniejsi fani. O godz. 19.00 rozpocznie się koncert Artrosis, zespołu, zaraz po Closterkeller, najbardziej zasłużonego dla polskiego rock-a gotyckiego. Zespół sam wybrał Krasnystaw czy został tu zaproszony nie wiem, ale dzięki temu, że zaplanowali koncert (w ramach swojej jubileuszowej trasy – XV lat grupy) w naszej okolicy, mogłem na nim być. Przed Artrosis zagali Panowie z lokalnej kapeli De Kress, świetni przez pierwsze trzy utwory, potem zaczęli usypiać publikę. Parę minut po 20-stej na scenie pojawiło się Artrosis. Zabrzmiało nitro, po którym na scenę weszła Medeah (Magdalena Stupkiewicz-Dobosz), odrobinę speszona, że przed sobą ma ludzi siedzących w rzędach krzeseł krasnostawskiego kina (sala KDK pełni też taką rolę w dzień powszedni). Fanów Artrosis nie trzeba było długo prosić żeby podeszli pod scenę gdzie mieli bezpośredni kontakt z zespołem. Koncert rozkręcał się z każdym utworem. Największymi zagrzewaczami publiki do „walki” i interakcji z zespołem był basista Remo (Remigiusz Mielczanek) i klawiszowiec Migdał (Łukasz Migdalski). Gitarzysta MacKozer (Krystian Kozerawski) też nie dawał sobie wytchnienia, energią solówek i granych riffów napędzał cały zespół. Mało widoczny, bo schowany gdzieś w kącie sceny, ale za to słyszalny dzięki swojemu równemu, atomowemu uderzeniu. był perkusista Świcol (Paweł Świca). Natomiast samą Medeah (wokalistka i założycielka kapeli) byłem pozytywnie zaskoczony. Jestem skłonny twierdzić, że dziewczyna śpiewa na koncertach lepiej niż brzmi to na płytach, a i wygląda świetnie (zdjęcia kłamią). Artrosis rozpędzał się i rozgrzewał swoich fanów coraz bardziej, aż do podwójnego bisu, który spokojnie mógłby się zamienić w drugą część setu koncertowego. Po zespole było widać, że też się otworzył i pod koniec nie przeszkadzała im już może nie do końca dobrze dobrana na występ sala. Było wspaniale, były utwory stare i nowe, nie będę teraz wymieniał. Był czad, headbangujący i szalejący na swoich instrumentach Migdał i MacKozer i moc, głos Medeah, bas Remo i bębny Świcola. Nie wiem jakie wrażenia miał po tym koncercie sam zespół, ale ludzie którzy przyszli specjalnie na ich show mieli jak najbardziej pozytywne. Moim zdaniem grali trochę za krótko (zawsze czuje taki niedosyt) i za daleko - 50 km od Lublina, ale to szczegół – może do Lublina przyjadą w przyszłym roku, na trasę promującą zaplanowaną na wiosnę 2011 roku nową płytę. Zapraszamy.


























wtorek, 16 listopada 2010

ARTROSIS - Con Trust (2006)

Wiem z dobrze poinformowanych źródeł, że wiosną 2011 roku możemy spodziewać się nowego albumu Artrosis. Zielonogórski band, a właściwie już ogólnopolski, bo muzycy zasilający obecnie zespół na próby zjeżdżają do Poznania z Zielonej Góry, Łodzi – wracając do tematu Artrosis długo kazał nam czekać na nowy materiał. Postanowiłem sobie, że z okazji zbliżającego się XV-lecia grupy przypomnę ich jak do tej pory ostatni album Con Trust (2006). Con Trust przyniósł zespołowi wiele zmian, pojawił się nowy fan czyli „ja” ;) , zespół zadebiutował fonograficznie w zupełnie nowym składzie. Do "Medeah" Magdaleny Stupkiewicz-Dobosz (śpiew, instrumenty klawiszowe) dołączyli: Krystian "MacKozer" Kozerawski – gitara elektryczna, Remigiusz "Remo" Mielczarek – gitara basowa, Łukasz "Migdał" Migdalski – instrumenty klawiszowe, a jako ostatni Paweł "Świcol" Świca – perkusja (pierwszy „żywy” perkusista w historii – przez poprzednie lata Artrosis używało automatu perkusyjnego zarówno na płytach jak i na koncertach). Wszyscy muzycy wspierający obecnie Medah to prawie cały skład innego znakomitego bandu Sacriversum, zespołu, który ostatecznie zawiesił swoją działalność w 2005 roku (piszę, że zawiesił, bo ciągle mam nadzieję, że powrócą choć pewnie ciężko będzie „ciągnąć” dwa bandy, a źle stałoby się gdyby oznaczało to szkodę dla któregoś z nich).

Przywianie przez dobre wiatry MacKozera, Remo, Migdała i Świcy do Artrosis dało zespołowi zupełnie nową jakość i siłę. Już pierwsze takty Tym dla mnie jest powodują przyjemny dreszcz na plecach, szczególnie po wejściu całego bandu w refrenie ze świetnymi bębnami i gitarami oraz mocnym głosem Medah, zaraz potem Migdał gra na klawiszach znakomite wręcz progresywne solo. Nie chcę nigdy czuć jak Ty porywa energią riffu gitarowego, z którym „droczą” się klawisze Migdała. Dodatkową energię daje niesamowity, agresywny śpiew Medah. Trzeci na płycie W półśnie pozwala na chwilę wytchnienia. Utwór oparty na elektronicznych brzmieniach i motywach instrumentów klawiszowych z gęstą, ale spokojną partią gitary basowej Remo oraz wstawkami gitary MacKozera będącymi jak odgłosy odległej burzy – całość składa się na hipnotyczne cztery minuty z kawałkiem. Był jak diament to znów ciężki heavy metalowy numer z doskonałym współgraniem gitar z klawiszami oraz dialogiem gitary MacKozera z Medah. Numer ten snuje się jak stalowa mgła na wzgórzach. Cały obcy mi zaczyna się od basowo-perkusyjnego wstępu, a ciekawie przetworzony głos Medah w pierwszych sekundach napełnia niepokojem. Potem następuje bardzo energetyczny Nie oceniaj, najszybszy utwór na płycie z ciekawym zastosowaniem gry flażoletami przez MacKozera. Z kolei Tak było jest i będzie powala lekkością konstrukcji kompozycji, w której jest wszystko, dokładnie słychać doskonale uzupełniające się motywy grane przez wszystkich muzyków i ten głos Medah… Ósmy na płycie jest tytułowy Con Trust, mroczny klimat z jakby oczywistym, ale mocnym tekstem. Numery dziewięć i dziesięć na płycie to dwuczęściowa gotycka opowieść o zdradzie Wiesz Tylko Ty i On I i II, w której królują wokale Medah, całości dopełniają progresywne solówki i motywy gitarowe wraz podniosłymi brzmieniami instrumentów klawiszowych. Na całej płycie Medah oferuje nam wiele rodzajów wokalnej ekspresji, a teksty są bardzo kobiece i pełne bólu. Wszystkich lubiących Artrosis z automatem perkusyjnym z pewnością do „żywego” grania przekonał Świca. Perkusja na całym albumie brzmi doskonale i świetnie uzupełnia się z pochodami basowymi Remo. Con Trust jest dziełem skończonym, moim zdaniem pozbawionym braków, a co najważniejsze nie ma na nim utworów niepotrzebnych. Już nie mogę się doczekać nowego materiału grupy.

ps. oraz listopadowego koncertu, na którym z pewnością będę.

A poniżej otwierajacy płytę, pełen mocy, "Tym dla mnie jest" - uwielbiam


Oficjalna strona Artrosis

niedziela, 7 listopada 2010

Bryan Ferry - OLYMPIA

W muzyce rock-owej czy jak ktoś woli popowej istnieją dla mnie dwaj najbardziej rozpoznawalni wokaliści, są nimi Robert Plant i Bryan Ferry. Ich głos i styl śpiewania nie pozwala mylić ich z kimkolwiek innym. Obaj geniusze muzyki wydali niedawno swoje nowe płyty. 25 października światło dzienne ujrzała „OlympiaBryana Ferry. Jak sam Ferry mówi jest to album dla niego bardzo szczególny. Po pierwsze nargany po ponad siedmiu latach nieobecności na rynku fonograficznym z autorskim materiałem, a to zawsze stawia pod osąd formę wokalisty. Po drugie na albumie u boku Bryan-a pojawiają się po raz pierwszy przy okazji nowego materiału koledzy z Roxy Music: Phil Manzanera (gitara), Andy macka (saksofon) i Brian Eno (klawisze).   

Osobiście muzyka pop pasuje mi jedynie wtedy gdy jest najwyższej próby. Utwory na płycie „Olympia” są bardzo wyrafinowane, pięknie zaaranżowane i mają w sobie to coś, co nie pozwala się oderwać od słuchania płyty po pierwszym utworze. Bryan Ferry zawsze uwielbiał w muzyce elegancję. Przejawiała się ona własnie w kompozycjach, ale i strojach Ferry-ego, a wcześniej całego Roxy Music. Dla Bryana Ferry zawsze ważna była oprawa zarówno występów jak i okładek płyt na których pojawiały się piękne kobiety, modelki. Tak jest i tym razem. Okładkę albumu „Olympia” zdobi zdjęcie Kate Moss, którą wokalista uważa za symbol urody całego współczesnego pokolenia. To nie koniec niespodzianek personalnych jakie wiążą się z powyższą płytą. Oprócz panów z Roxy Music zagrali na niej David Gilmour (solo w Song to the Siren), Marcus Miller (bas), Scissor Sisters (muzyka w Heartache By Numbers) , Nile Rodgers, Groove Armada (muzyka w Shameless), Jonny Greenwood of Radiohead, Flea ( bas w Song to the Siren), etatowym zaś gitarzystą w zespole Bryan-a Ferry jest zaledwie 22-letni Oliver Thompson, który dowodzi, że wiek nie ma znaczenia gdy ludzi łączy miłość do muzyki.

Płyta zawiera zarówno piosenki do tańca jak i utwory melancholijne. Każdy utwór brzmi niezwykle przestrzennie i zawiera całą masę mniej lub bardziej uwypuklonych szczegółów brzmieniowych, ukrytych motywów, solówek poszczególnych instrumentalistów, które można z radością odkrywać przy kolejnych przesłuchaniach. Mimo to nagrania są niezwykle wyważone, wręcz klasyczne. Moimi faworytami na „Olympii” są: singlowy You Can Dance, Shameless brzmiący jakby unowocześniony klasyk Roxy Music, Song to the Siren – utwór Tima Buckley-a z gwiazdorską obsadą i odgłosami wielorybów w tle oraz przedostatni, będący jedną z w pełni autorskich kompozycji Ferry-ego, transowo - hipnotyczny Reason or Rhyme. Płyta doskonała, nagrana przez człowieka, który cały jest muzyką. Z pewnością wyciągnę ten album przy okazji imprezy sylwestrowej, karnawałowej bo pasuje do zabawy z przyjaciółmi, ale pasuje też do słuchania we dwoje.

Bryan Ferry - oficjalna strona artysty

Bryan Ferry on myspace

Świetny video-dokument z prac nad albumem "Olympia"

środa, 3 listopada 2010

THE BEAUTY OF GEMINA - At The End Of The Sea

26 marca tego roku ukazał się album „At The End Of The Sea” zespołu The Beauty Of Gemina. Tą szwajcarską kapelę wyłowiłem przeglądając zestawienie artystów mających zaprezentować się na Castle Party 2010 na zamku w Bolkowie. Pierwszy zaś utwór szwajcarów usłyszałem w Trójce, w lipcu,  w audycji Trzecia Strona Księżyca nadawanej w radiu każdej nocy przy pełni księżyca. Utworem tym była Obscura, drugi w kolejności numer z płyty „At The End Of The Sea”. Obscura ma własnie ten klimat, który uwielbiam, dobór akordów, brzmień i dźwięków plus tekst wywołuą ciary na plecach. Zanim zdobyłem cały album katowałem powyższy utwór, zapętlając go we wszystkich odtwarzaczach. Pewnego wieczora udało się i mogłem posłuchać całej płyty. Pierwsze takty otwierającego album Dark Rain to jakbym miał w odtwarzaczu płytę The Sisters of Mercy z najlepszego ich okresu, ale po chwili dołączają przenikliwe, intensywne dźwięki gitar i instrumentów klawiszowych unosząc nas coraz wyżej w przestrzeń żeby po chwili opaść i rozpocząć od nowa zabawę z budowaniem niesamowitego wznoszącego się przestrzennego klimatu. Potem rozbrzmiewa wspomniana już Obscura, a po niej z wręcz przebojowym motywem klawiszowym Rumors.  Kings Men Come to już prawdziwe mroczne elektro, którego na płycie również nie brakuje. W brzmienia elektroniczne doskonale wkomponowane są ściany gitar, tworzące razem z brzmieniem klawiszy niepokojące wręcz orkiestrowe motywy. Do moich faworytów należy również utwór numer pięć, Sacrificed To The Gods, z niesamowitą sekcją rytmiczną, podniosłym wokalem i hipnotyczną gitarą . Mózgiem kapeli z pewnością jest  Michael Sele, wokalista, gitarzysta odpowiadający również za instrumenty klawiszowe i programowanie, jednak warstwę instrumentalną doskonale zagęszczają perkusista Mac Vinzens oraz basista David Vetach. Razem stworzyli dzieło od, którego trudno się oderwać. Sięgnąłem szybko po dwie poprzednie płyty kapeli: „Diary of a Lost” z 2007 i „A Stranger to Teras” z 2008 roku i wszystkie trzymają poziom, ale uwiodła mnie ta ostatnia. „At The End Of The Sea” słuchałem codziennie przez klika tygodni, poddając się ponuremu teatralnemu klimatowi utworów. Tegoroczne dzieło The Beaty Of Gemina z pewnością zajmie wysokie miejsce w dziesiątce moich ulubionych płyt 2010 roku.

thebeautyofgemina.com - strona oficjalna zespołu

thebeautyofgemina na myspace

Z powodu ciągłego braku klipu do utworu "Obscura" poniżej klip do "Rumors" - polecam.

poniedziałek, 18 października 2010

BLACK LABEL SOCIETY - Order Of The Black











Co tu dużo pisać, wydany 10 sierpnia 2010 roku nowy album Black Label Society, zatytułowany „Order Of The Black” urywa głowę i wbija w ziemię i można by na tym poprzestać, ale kilku specjalistów od muzyki swoimi recenzjami doprowadziło do tego, że musiałem zasiąść przed białą kartką edytora tekstu i zmienić ją dla nich w Shallow Grave.

Zakk Wylde, lider BLS wypłynął na szerokie wody dzięki Ozzy-emu Osbourne-owi. Zagrał na dziewięciu płytach Ozzy-ego, począwszy od „No Rest for the Wicked” z 1989 r., aż do „Black Rain” z 2007 r. Miedzy rokiem 1995 a 2001 Książe Ciemności zamilkł i wtedy Zakk rozwinął swój projekt, Black Label Society. Główny zarzut wobec BLS jest taki, że nagrywają równe, rzetelne, bardzo dobre płyty i nic ponad to, a ja się pytam co mają nagrywać. Krytycy doszukują się błysku geniuszu, który wypełniłby cały album, płaczą, że Zakk Wylde musi poczekać na swoje epokowe dzieło. No to proszę panowie wsadźcie głowę między głośniki i posłuchajcie „Order of The Black” nie raz, nie dwa, bo tak nakazuje wasze rzemiosło, a pozwólcie się nieść tej muzyce, jej mocy i różnorodności – to jest epokowe dzieło Black Label Society. Bandu Wylde-a zacząłem słuchać od albumu „1919 Eternal” (2002), wtedy mówiłem sobie: to są dopiero riffy jakie powinien grać Ozzy Osbourne. Na płycie tej bas obsługiwał Pan Robert Trujillo (teraz Metallica). W roku 2003 Zakk poszedł za ciosem, sam nagrał wszystkie gitary i bas oraz oczywiście wokal, tak powstał zmiatający wszystko z powierzchni ziemi album „The Blessed Hellride” (jako gość pojawił się sam mistrz Ozzy w utworze „Stillborn”). Zakk Wylde zawsze był fanem Black Sabbath i Ozzy-ego co słychać na wszystkich jego płytach, ale na „Order of The Black” urozmaicił i doprowadził Sabbath-owe brzmienia do perfekcji. Dobrze zatem się stało, że w ekipie Osbourne-a zastąpił go Kostas Karamitroudis alias Gus G. znany miedzy innymi z Arch Eremy. Zakk otrzymał masę jakże cennego czasu na zajęcie się w stu procentach swoim Black Label. Powstała płyta różnorodna. Rozpoczyna ją z kopyta ;) „Crazy Horse” (świetnie bębni Will Hunt ex-Evanescence). Potem czas na utwór „Overlord” czyli początek trzęsienia ziemi, słuchając go wpada się w trans, a głowa sama odrywa się od karku. Następny to „Parade of The Dead”, przyspieszamy w stylu starego dobrego BLS. W „Darkest Days” Zakk funduje nam zmianę klimatu, fortepian i piękna  southern rock-owa ballada. Po niej zostajemy porażeni prądem z Gibson-a Wylde-a w „Black Sudany”. „Southern Dissolution” to klasyczny hardrock-owy walec, który hipnotyzuje nie pozwalając odejść od głośników po czym miażdży słuchacza. Popis wirtuozerii gitarowej i swoich możliwości wokalnych daje nam lider BLS również we wzruszającym „Time Waits For No One”. Z kolei ósmy numer na płycie, „Godspeed Hellbound”, to świetna heavy metalowa galopada i riff, który pierwszy zapadł mi w pamięć po pierwszym przesłuchaniu, może dlatego, że Zakk gra go, wręcz do znudzenia, bez udziwnień. Proste metalowe granie. „War of Heaven” mogłoby się znaleźć na jednej z płyt Ozzy-ego, kołyszący riff i wpadający w ucho refren. Teraz czas na „Shallow Grave” panowie, fortepian i co, że trochę łzawo, ale świetnie zbudowany utwór z dynamicznie rozwijającym się refrenem. Zakk Wylde na każdym koncercie ma solowy akustyczny set i „Chupacabra” powstała z takich koncertowych improwizacji. „Riders Of The Damned” to Black Sabbath, ale z większym pazurem, „klasyk” na wspóczesnej płycie. Album zamyka utrzymany w stylu ballady z lat 70-tych „January”, dla mnie najładniejsza ballada na płycie. No tak, ale to nie koniec. Są jeszcze dwa dodatki, dwie ballady. Cover Black Sabbath „Junior's Eyes”, pewnie bluźnię, ale moim zdaniem lepszy od oryginału, oraz „Helpless” Neil-a Young-a, który prawie pozwala zapomnieć o nawale riff-ów gitarowych, które strzelały z głośników między nasze uszy przez ponad 50 minut. Ósmy studyjny album Black Label Socjety „Order of The Black” to moim zdaniem najlepsza jak dotąd płyta Zakk-a i spółki. Nie wyjąłem jej ze swojego odtwarzacza od początku września, ciągle odkrywam w muzyce na niej zawartej coś nowego, ta muzyka z każdym kolejnym przesłuchaniem nabiera mocy.



wtorek, 27 lipca 2010

Europe zagrali w Lublinie!











Chyba nikt nie spodziewał się, że do Lublina może zawitać tak znany na całym świecie zespół rockowy. Prasa, ale i duża część wybierających się na koncert osób, określała ich jako spadającą gwiazdę, wykonawcę jednego przeboju itp. Bardzo się jednak wszyscy mylili. Gdyby panowie z Europe zakończyli swoją działalność na trzeciej swojej płycie z 1986 roku pt.: "The Final Countdown" (płyta dotarła do ósmego miejsca Billboard 200) to pewnie nie wybierałbym się na ten koncert z takim przejęciem. Zespół zdobył jednak mój wielki szacunek swoim naprawdę niesamowitym i w pełni udanym powrotem do show biznesu w roku 2004 wydając płytę "Start From the Dark". Album ten w niczym nie przypomina ich dokonań z lat 80-tych, jest pełen pełnokrwistego hard rocka ze świetnymi melodiami. Na płycie brak jest słabych momentów, nie ma odcinania kuponów od dawnej sławy. Utwór tytułowy opowiada o tym, że zaczęli jeszcze raz, ponownie jakby od nowa. Znakomitą formę muzyków, jak i niewyczerpane pomysły na mocne rockowe numery potwierdził wydany w 2006 roku album "Secret Society". Ja szedłem na koncert Europe, zespołu na nowo czynnie działającego i grającego mocnego rocka, który niewiele ma wspólnego z ckliwymi softmetalowymi utworami. Europe supportował nasz Tipsy Train, gdy zbliżałem sie do sceny grali akurat "Seek and Destroy" Metalliki. Potem po krótkim zamieszaniu w wykonaniu miejscowych notabli na scenie pojawił się Joey Tempest, John Norum, Ian Haughland, John Levén, Mic Michaeli czyli zespół w oryginalnym składzie, tak jak 25 lat temu. I tak jak obiecywali na konferencji prasowej przed koncertem dali z siebie wszystko. Zagrali głównie utwory ze swoich ostatnich trzech płyt. Czekałem na "Start from the Dark", "Hero", "Love Is Not the Enemy" i "New Love in Town" i zagrali je z niesamowitym powerem. Joey Tempest, facet o formie dwudziestolatka miotał się po scenie i bezbłednie wykonywał swoje partie wokalne głosem jaki znamy z lat 80-tych, a właśnie - nie mogło zabraknąć utworów z ich topowego albumu. Zabrzmiały zatem na koncercie ku uciesze niegdysiejszych nastolatków "Carrie", "Rock the Night" (mój ulubiony z płyty The Final Countdown) oraz "Superstitious" z albumu "Out of This World" (1988). Na bis dostaliśmy jeszcze energetyczne "The Beast" z ostatniej płyty zespołu i oczywiście "The Final Countdown", które doprowadziło tłum do szaleństwa. Joey Tempest dziękując za wspólny wieczór nie ukrywał zaskoczenia gorącym przyjęciem jakie zgotowali im przybyli na Plac Zamkowy ludzie. Warto było być w tym miejscu, w tym czasie 24.07.2010 r.







czwartek, 3 czerwca 2010

No! No! No! - lepiej późno niż wcale.











26 marca 2010 roku ukazał się debiutancki album formacji NO! NO! NO!. No! No! No! to trzech dobrze znanych facetów. Tomek Makowiecki - wokalista i muzyk, chłopak znany z Szansy na sukces z Wilkami oraz finalista pierwszej edycji polskiego Idola. Moim zdaniem on jedyny z całej idolowej gromadki robi dobrą robotę i pnie się coraz wyżej, również pod względem rozwoju artystycznego. Przemek Myszor pochodzący z muzycznej rodziny członek Myslovitz odpowiedzialny za wszelkiego rodzaju motywy i hałasy gitarowe oraz klawiszowe w kapeli z Mysłowic. Wojciech Powaga zupelnie nie poważny i zakrecony gitarzysta, również członek Myslowitz. NO! NO! NO! to moim zdaniem ewenement na naszej rockowej scenie i ich propozycje muzyczne odstają od wszystkiego co do tej pory słyszeliśmy, a do tego zupełnie udało im się uniknąć podobienstwa do Myslovitz. Płyta zawiera tylko dziesięć utworów, ale tylko trzy z czasem poniżej 4 minut, pozostałe są długie, ale nie nudne, za to wciągające, transowe i z fajnymi, mądrymi tekstami. Na singlową promocję płyty wybrano utwór "Doskonały pomusł", ktory jednak zupelnie nie jest reprezentatywny dla zespołu. Piosenka promowała film "Trick" w reżyserii Jana Hryniaka lub film trochę wypromował piosenkę. Płyta naprawdę zaczyna się od czwartego utworu "Świat według bestsellera" - piękny gitarowy wstęp i "Chwila błysk i wiem, to co łatwe to nic, to już mam." Motoryczny numer, w refrenie świetny zabieg z podłożeniem pod muzykę analogowego trzasku płyty, to dodaje muzyce czegoś szlachetnego. Zaraz potem bujający, rozmażony "Wyjątek od rozsądku". Szósty utwór jakoby przebojowy, ale świetnie zagrany i wymyślony "Jak Się Czujesz Z Tym?" kończą słowa: "otwórz oczy, bądź jaki chcesz". Następnie odlot w postaci "Nie Nadaję Się Do Cyrku" instrumentalny numer z niby pozbawionym sensu recytowaniem tekstu przez członków zespołu.  Po nim następuje "zimnofalowy" "Test Voight-Kampffa", który zadziwia od początku do końca niesamowitym klimatem ze świetną linią basu. Dziewiąty utwór to "Inaczej niż w raju", piosenka w fly-rockowym klimacie, praktycznie bez perkusyjnego bitu. Płytę kończy "Zabrakło prostych słów", prawie akustyczne brzmienia gitar, basu z plamami instrumentów klawiszowych, które sprzężone kończą album. Ale, ale - płytę otwiera kawalek "PJ" będący połączeniam Myszora trzasków i hałasów z rytmicznym pianinem i wokalem Makowieckiego, a druga jest "Polska Szkoła Dokumentu" z niesamowitymi i niespodziewanymi jak grzmoty błyskawic gitarami na tle stonowanego brzmienia utworu. Zawarty na płycie materiał i filozofię muzyków No!No!No! doskonale oddaje fragment tekstu utworu "Nie nadaje się do cyrku": "nie wykonam salta bo niby po co". Tak więc Panowie z nikim się nie ścigają. Płyta jest wyjątkowa i wchodzi w mózg przez uszy mocniej z każdym przesłuchaniem. Ja jestem pod dużym wpływem tych nagrań. Gorąco wszystkim polecam.

NO! NO! NO! na myspace

niedziela, 7 marca 2010

Rush - najważniejszy zespół na świecie...

...oczywiście dla mnie, ale nie tylko bo kanadyjczycy mają miliony fanów na całym świecie i to mimo to, iż mało grało ich MTV (teraz wcale), rzadko grana jest ich muzyka w stacjach radiowych (wyjątek stanowi Trójka i Antyradio oraz rozgłośnie kanadyjskie) i na dodatek nie robią wokół siebie prywatnie żadnego szumu. Są świetnymi instrumentalistami i wspaniałymi ludźmi, od lat nagrywają doskonałe albumy. Wierni fani uważają Rush za twórców (soundtrack of my life) czyli scieżki dźwiękowej do swojego życia.
Zespół powstał w 1968 roku w Willowdale, Toronto. Zadebiutował pierwszym albumem w 1974 roku. Przez ten czas wydali 26 płyt, a w tym 7 albumów koncertowych.
Moja przygoda z Rush rozpoczęła się w roku 1987 lub 88 w piwnicach nowiutkiego wówczas domu kultury w Węgrowie. Cotygodniowe wieczory płytowe organizował tam Leszek Rzepka (nie powinien się obrazić za cytowanie tu jego nazwiska, bo to co robił to była wielka rzecz i chwała mu za to). Przywoził on z Warszawy z wypożyczalni płyt CD Digital na Al. Jerozolimskich 2 w Warszawie, a nie było wtedy jeszcze mp3, internetu, a i cd nie każdy miał (sam mam jeszcze kilka ich katalogów), tak więc przywoził płyty cd zespołów wartych zaprezentowania młodzieży z 12 tysięcznego miasteczka. Ja zapamiętałem z tych wieczorów przyciemnione światła, świece i herbatę na stolikach i muzykę... muzykę Jethro Tull, Tangerine Dream i oczywiście Rush. Pan Leszek nie mógł lepiej wybrać - przywiózł płytę ołtarz, opus magnum grupy czyli album Moving Pictures.








sobota, 23 stycznia 2010

Suplement do 10 moich najulubieńszych albumów roku 2009!!!

Moja wina, zasłuchałem się, przeoczyłem, zapomniałem o dwóch ważnych płytach z roku 2009, które powinny trafić do mojego Top Ten - są to albumy "Crooked Timber" Therapy? (za to, że płyta świetna i zaczęli Panowie bez pardonu grzać numery jak przed laty) oraz "Zapamiętaj" polskiego bandu Bracia (za to, że płyta jest lepsza od debiutu i za głos Piotrka Cugowskiego - dla mnie w tej chwili najlepsze gardło w polskim rocku obok Tomka LIPY Lipnickiego). Oba albumy umieszczam na drugim miejscu ex aequo z płytą Alice In Chains. Poniżej linki do myspace-ów obu kapel.

http://www.myspace.com/therapyquestionmark

http://www.myspace.com/bracia

sobota, 2 stycznia 2010

Moich 10 najulubieńszych albumów roku 2009!!!

Coraz łatwiej podejmować mi decyzje o najlepszych płytach roku. Może to kwestia krystalizacji mojego gustu muzycznego, a może tego, że słucham mniej nowych młodych kapel niż kiedyś, choć nadal słucham masy muzyki i wyławiam z niej tą, która najbardziej do mnie przemawia, najbardziej nadaje na moich falach i wywołuje gęsią skórkę na plecach.











Moją płytą roku został (wybrałem go bez dłuższego zastanowienia) album John-a Frusciante "The Empyrean" (dlaczego można dowiedzieć się tutaj http://madabautmusic.blogspot.com/search/label/John%20Frusciante ), a dalej...

02. Alice In Chains - Black Gives Way to Blue
03. Living Colour - The Chair in the Doorway
04. Pearl Jam - Backspacer
05. The Dead Weather - Horehound
06. Them Crooked Vultures - Them Crooked Vultures
07. Juliette Lewis - Terra Incognita
08. The Flaming Lips - Embryonic
09. Gaba Kulka - Hat, Rabbit
10. Editors - In This Light and On This Evening

News dnia, tygodnia, a nawet miesiąca: Soundgarden wraca!!!

Trochę przybiła mnie pod koniec roku praca, ale ja też powracam. Cieszę się z zapowiedzi Cornell-a o powrocie do grania z Soundgarden w składzie z  Kim-em Thayil-em (guitar), Ben-em Shepard-em (bass) i Matt-em Cameron-em (drums)