wtorek, 1 marca 2011

Blackfield






Dziś kilka słów o zespole Blackfield, a na początek o ich debiutanckim albumie z 2004 r. o tym samym tytule.

Blackfield” otwiera Open Mind z początku, delikatny, ale z bardzo dynamicznym mocnym motywem, również w refrenie. Po nim do naszych uszu i serca wpływa delikatnie, jak czysta woda, z którą kojarzą mi się pierwsze takty tego utworu tytułowy Blackfield. Utwór ten ma w sobie coś naturalnego, nie narzuca się słuchaczowi, ale mocno zapada w pamięć, to mój numer jeden na płycie – trzeba go posłuchać. Gdy cichnie Blackfield delikatnie rozpoczyna się Glow. Pierwsza jego część oparta na brzmieniach smyczków i delikatnych motywów klawiszowych wirujących między uszami, po których, na ostatnią minutę następuje przejmujące wejście sekcji rytmicznej i gitar. Z kolei Scars jest jak numer triphop-owy z samplowaną perkusją, zaraz jednak pojawiają się instrumenty klawiszowe brzmieniem przywodzące na myśl lata siedemdziesiąte. Kolejną kompozycją jest autorskie dzieło Stevena Wilsona Lullaby, fortepian i głos opowiadający o miłości sprawiającej wręcz fizyczny ból. O utraconej miłości opowiada szósty na płycie kawałek pt. Pain, autorska kompozycja Aviva Geffena. Geffen śpiewa w tak smutny sposób, że opowiadana historia opuszczonego przez dziewczynę chłopaka wydaje się być rzeczywista. „Podczas, gdy ja moknę na deszczu, pogrążony w bólu - ona jest daleko, czy spotkamy się kiedykolwiek ponownie jako przyjaciele po tak długim czasie?”- śpiewa w refrenie. Słucha się tego wspaniale i nie bez wzruszenia, a melodia refrenu zdaje się unosić słuchacza. Steven Wilson i Aviv Geffen stworzyli na albumie naprawdę doskonałe melodie. Summer za pomocą odwołania się do pór roku opowiada o strachu przed samotnością i utratą miłości. Utwór ubarwia piękne gitarowe solo Willsona na tle rozlewających się szeroko brzmień instrumentów klawiszowych. Ósmy utwór na płycie to Cloudy Now. „To zachmurzenie przychodzi teraz” i możne być tak, że jest to zachmurzenie dla naszego pokolenia, które ma tak wiele problemów ze sobą. Numer ten zaczyna się jak pochmurny dzień, leniwie i szaro (może z drobnym deszczem), ale na koniec następuje burza, burza niezgody na zastaną sytuację. Ze swym poprzednikiem na płycie mocno kontrastuje The Hole In Me będący wręcz walczykiem, wcale jednak nie wesołym. Płytę zamyka Hello, piękne muzyczne pożegnanie, utwór kończy się zbyt szybko, kończące go dźwięki mogłyby trwać, zapętlić się na jeszcze dobrych kilka minut i nie byłoby to ze strony zespołu nadużycie, a dałoby jeszcze większą radość uszom fanów. Na całej płycie jest wiele odniesień brzmieniowych do rocka z lat siedemdziesiątych. Wiele skojarzeń, dla mnie jakże miłych, z Barclay James Harvest (np.: chórki w Open Mind), The Mody Blues, czy wczesnym Genesis. Charakterystyczne dla tego albumu są piękne, tworzące wodospady dźwięków, partie instrumentów klawiszowych, które nie wychądzą jednak wcale na plan pierwszy, są zaś jak sukno dla haftowania pozostałych dźwięków. Albumu Blackfield można słuchać godzinami mimo, iż w swojej podstawowej wersji trawa zaledwie 37 minut i 57 sekund, a Ciemna Polana (tłumaczenie nazwy zespołu) paradoksalnie mieni się tysiącem barw.

Blackfield tworzy dwóch przyjaciół Steven Wilson (człowiek instytucja, kompozytor, lider Porcupine Tree, muzyk No-Man) oraz Aviv Geffen (kompozytor, lokalna gwiazda izraelskiej muzyki pop, fan Porcupine Tree). Aviv Geffen w roku 2000 zaprosił Wilsona wraz z jego zespołem Porcupine Tree do zagrania kilku koncertów w Izraelu. Panowie zaprzyjaźnili się ze sobą i postanowili nagrać razem właśnie powyższą płytę. W 2007 roku poszli za ciosem i nagrali „Blackfield II”, równie udany album. Pod koniec marca 2011 r. ukazuje się ich trzeci album „Welcome to my DNA”, a 14 i 15 kwietnia zagrają dwa koncerty w Polsce. Blackfield gościli już w naszym kraju dwukrotnie, w 2004 i 2007 roku. Nowa płyta, jak można się przekonać po wysłuchaniu jej fragmentów na stronie grupy nie pozostaje w tyle za pierwszymi dwoma dziełami Blackfield. Szykują się zatem muzycznie wykwintne koncerty w Warszawie i Krakowie.

Oficjalna strona Blackfield.

Tytułowy utwór z albumu Blackfield.

Blackfield – Pain

Utwór otwierający nowy album zespołu.

wtorek, 8 lutego 2011

Gary Moore 1952 - 2011








W minioną niedzielę odszedł od Nas człowiek, muzyk, artysta, wokalista. 06.02.2011 r. podczas wakacji w Hiszpanii zmarł Gary Moore. Moore był gitarzystą niebywale uzdolnionym, otwartym na różne gatunki muzyczne. Jego kariera i aktywność artystyczna spina ze sobą ponad trzy epoki rock-a i blueas-a. W latach siedemdziesiątych grał w irlandzkim zespole Skid Row, wtedy już osiągnął reputację zdolnego i bardzo sprawnego gitarzysty. Wtedy też poznał Phil-a Lynott-a, basistę, tekściarza i lidera Thin Lizzy. Panowie szybko się zaprzyjaźnili. W roku 1974 Gary Moore zostawił nawet swoje piętno w postaci utworu Still In Love With You (gra w nim na gitarze prowadzącej) na albumie „Nightlife”. Irlandzki gitarzysta często występował przy boku Lynott-a, ale krótko był stałym muzykiem Thin Lizzy. Druga połowa lat siedemdziesiątych to Moore gitarzysta i wokalista Colosseum II - drugiej odsłony brytyjskiej kapeli jazzrockowej. Lata osiemdziesiąte to początek kariery solowej Gary Moore-a, w której pomogł koledze Phil Lynott. W latach osiemdziesiątych gitarzysta zafascynowany muzyką heavy metal nagrał trzy doskonałe albumy iskrzące się od wystrzałowych, błyskotliwych solówek i pięknych melodii. Te albumy to Run for Cover (1985), Wild Frontier (1987) i After the War (1989). W 1990 roku Gary Moore wydał album „Still Got The Blues”. Płyta ta przyniosła mu nie tylko sławę, ale i pieniądze. Porzucił na niej ostre, pełne szalonych temp granie na rzecz stonowanych melodyjnych blues-rockowych utworów. Bluesowemu graniu pozostał wierny już do końca. Szerokiemu gronu słuchaczy z pewnością znane są jego rockowe ballady, w których wymyślaniu i wykonywaniu był mistrzem. Najbardziej znane to Parisienne Walkways (jeszcze z lat siedemdziesiątych zarejestrowany pierwotnie z Phil-em Lynott-em na wokalu) - obowiązkowy na koncertach Moore-a, Empty Rooms (album Victims of the Future 1983 r.), Still Got the Blues (album Still Got The Blues 1990 r.). W roku 1994 został zaproszony przez Jack-a Bruce-a i Ginger-a Baker-a, czyli 2/3 Cream do projektu muzycznego nazwanego później BBM, którego głównym zadaniem było granie na koncertach utworów Crem. Panowie nagrali nawet razem bardzo dobry premierowy album „Around the Next Dream”. Na początku XXI wieku Moore nadal pozostawał bardzo aktywnym wykonawcą, nagrywał nowe płyty dużo koncertował na całym świecie.

W 2008 roku wydał album „Bad for You Baby”. Moją ulubioną bluesująca płytę i chyba najostrzejszą wśród blues-rockowych dzieł Gary-ego. Już początek tego albumu to mocny, „kroczący” blues, którym rozbuja nas Irlandczyk na czas trwania całego albumu. Po nim mamy „grzałkę” w postaci utworu Down The Line. Cały album wypełniony jest utworami w rytmach bluesa, boogie, jakby już gdzieś słyszanymi, tak dużo w nich odniesień i szacunku dla klasycznego rocka i bluesa. Jedyną odskocznią i pieczęcią (znakiem firmowym Moore-a) na tym dziele jest ponad 10-cio minutowy I Love You More Than You'll Ever Know. Oczywiście jest to ballada, oczywiście o miłości, z piękną gitarową solówką zaczynającą się w połowie numeru i doprowadzającą słuchaczy do samego jego końca, aż żal, że się kończy… tak jest cudowny. Cóż album Bad for You Baby to ostatnia płyta z premierowymi piosenkami Gary Moore-a. Straszna strata dla muzyki, tym bardziej, że pozostawał do końca aktywny, miał plany na przyszłość, pewnie jeszcze kilka ładnych lat cieszyłby Nas swoimi nowymi nagraniami. Dobrze, że zostawia po sobie taką masę różnorodnej muzyki, bo to ponad 20 albumów solowych (ponad 30 wraz z płytami koncertowymi) nie licząc wydawnictw z wymienionymi już wyżej zespołami. Gra teraz pewnie dalej, w lepszym miejscu i na pewno spotkał się ze zmarłym w 1986 r. przyjacielem Phil-em Lynott-em. A na wieki pozostanie tylko muzyka.

Ciężko wybrać coś z tak bogatego dorobku artystycznego. Zamieszczam więc trzy materiały wideo, a pod nimi polecam jeszcze trzy linki do zarejestrowanych wystepów Gary Moore-a, w różnych odsłonach, z różnymi kapelami.

Solowe wykonanie Parisienne Walkways przez Gary Moore-a, aż łza się w oku kręci jak się słucha tej gitary.

Gary Moore & Phil Lynott - Out in the fields ( duet przyjaciół z albumu Moore-a Run For Cover)

Gary Moore - I Love You More Than You'll Ever Know (perła z ostatniej płyty - polecam)

Linki do dodatkowych materiałów video:

Thin Lizzy - The Rocker (rok 1974) - Gary Moore w videoclipie z Phil-em Lynott-em, jakość obrazu słaba, ale ile czadu i emocji.

Colosseum II – Inquisition (rok 1978) – Gary Moore z występu telewizyjnego z Colosseum II

Gary Moore - Whiskey In The Jar (rok 2005) – Gary Moore, członkowie Thin Lizzy i przyjaciele w hołdzie Phil-owi Lynott-owi.

środa, 2 lutego 2011

Fish & Marillion









photo from opethpainter flickr

Fish-a poznałem oczywiście jako wokalistę Marillion w roku 1987, właśnie w tym roku zacząłem swoją przygodę z Marillion od albumu „Clutching at Straws”. Album ten uważam za najlepszy w dorobku zespołu. Znalazły się na nim piękne kompozycje jak między innymi Hotel Hobbies, White Russian, czy też „hit” Incommunicado. „Cluthing At Straws” była również ostatnią płytą Marillion nagraną z Fish-em. Na osłodę dostaliśmy jeszcze w 1988 r. album koncertowy „The Thieving Magpie (La Gazza Ladra)”, który jest w mojej osobistej „top ten” rockowych albumów koncertowych świta. W 1988 roku Derek William Dick (Fish) zdecydował się opuścić zespół. Podobno zadecydowały o tym różnice w spojrzeniu na drogę artystyczną jaką powinien obrać zespół i jak ma wyglądać kolejny album Marillion. Fish chciał aby był to album z utworami artystów, których podziwiał w wykonaniu Marillion, a całość miała wyglądać tak, że ktoś przeszukuje fale radia i trafia na nich na kolejne znane progresywne i rockowe utwory m.in. The Moody Blues, T-Rex, Genesis oraz Yes. Prawdopodobnie nie spotkało się to z zainteresowaniem pozostałych członków grupy i Fish aby móc realizować bez skrepowania swoje pomysły zdecydował się na karierę solową. Zadebiutował w roku 1989 albumem „Vigil in a Wilderness of Mirrors”, do tej pory uznawanym za najlepszy w jego dorobku. Natomiast pomysł na następcę marillionowego „Clutching at Straws” zrealizował w roku 1995 na albumie „Songs from the Mirror”. Marillion zaś nagrał kompozycje skomponowane pod Fish-a, zmieniając ich tonację, z nowym wokalistą Stevem Hogarth-em, tak powstał „Seasons End”. Dla fanów klasycznego (starego) Marillion tytuł oznaczał początek końca zespołu. Pierwszy album nagrany z Hogarth-em był dla mnie przez dziesięciolecia (naprawdę) jedynym wartym uwagi i najlepszym z tym wokalistą. Może dlatego, że muzyka była jeszcze taka klasycznie i melodycznie pod dawny Marillion, ale jak potwierdził Fish, a byłem tego świadkiem w roku 2007 w Lublinie, wykluczony jest jego powrót do grupy. Teraz powstają dwie osobne historie i dwa razy więcej muzyki. Marillion ze Stevem Hogarth-em dotarł do moich uszu i serca ponownie w roku 2008 wraz z naprawdę dobrą i wyjątkową płytą „Happiness Is the Road” (Essence i The Hard Shoulder). Na mnie działa najbardziej tekst i muzyka w Whatever is Wrong with You. Fish w 2008 roku wydał znakomitą „13th Star”, którą promował na koncertach w 2007 (trasa Clutching At Stars) w aż dziesięciu miastach w Polsce. W tym roku też przyjeżdża do naszego kraju, między 27 marca a 8 kwietnia da 11 koncertów. Polską trasę otworzy koncert w Warszawie, w studio im. Agnieszki Osieckiej w Trójce. Niestety brak jest Lublina na liście FISH HEADS ACOUSTIC TOUR 2011. Pozytywna informacja od Fish-a jest tez taka, że wkrótce będzie nowa płyta. Dodatkowy smaczek to to, że Fish muzycznie wraca mocno do emocji, form i treści z początków działalności w Marillion. Czym to zaowocuję? Może już niedługo dane nam będzie posłuchać.



















Trasa FISH HEADS ACOUSTIC TOUR 2011

Official FISH Site

Fish i piękny "Arc Of The Curve" z albumu 13th Star.

wtorek, 25 stycznia 2011

SOUNDGARDEN - Telephantasm











Powraca zespół będący jednym z czterech jeźdźców „grunge-owej apokalipsy”. Obok Nirvany, Alice In Chains i Pearl Jam, Soundgarden wyznaczał trendy w ostrym rockowym graniu w pierwszej połowie lat 90-tych. Ten powstały w 1984 roku w Seattle zespół już w roku 1997, kiedy zdecydowali się zaprzestać działalności, zyskał miano kultowego. Soundgarden mimo, iż przypisany został do nurtu grunge wraz z wymienionymi powyżej kapelami, najbardziej chyba odstawał od tego stylu grania. Soundgarden dużo bardziej nawiązywał do brzmień zespołów garażowych z lat sześćdziesiątych oraz czerpał inspirację od swoich mistrzów czyli od Black Sabbath i Led Zeppelin, charakterystyczne dla Chris-a Cornell-a i kolegów było również łączenie elementów rocka psychodelicznego z ostrym hardrock-owym sound-em. 1-go stycznia 2010 r., wokalista i współzałożyciel grupy, Chris Cornell zapowiedział wznowienie przez zespół działalności. Powrót do wspólnego koncertowania zespół rozpoczął występem 16 kwietnia 2010 roku w Seattle (bilety na ten show sprzedane zostały w 15 min.). 28 września 2010 r. panowie wydali „Telephantasm”, album podsumowujący ich osiągnięcia z lat 1984-1997. Już otwierający tę „składankę” Hunter Down (nagranie z pierwszego minialbumu grupy z roku 1987) daje ogromnego energetycznego kopa i eksploduje tym wszystkim czym było i jest Soundgarden. Kolejne utwory udowadniają to, że z muzyką Soundgarden było tylko lepiej, mocniej, a także stawała się ona z płyty na płytę coraz bardziej złożona i pełna świetnych melodii. Utwór trzeci na tej retrospektywnej płycie to Outshined, a czwarty Rusty Cage, oba z mojego ulubionego albumu zespołu „Badmotorfinger” z 1991 r. – miałem wtedy 20 lat i grałem z kumplami z naszego małego „mazowieckiego Seatle” muzykę inspirowaną amerykańskimi brzmieniami z tamtych lat. Wracając do płyty to mamy na niej chronologicznie jeden utwór ze wspomnianego minialbumu „Screaming Life” (1987), jeden z albumu „Louder Than Love” (1989), potem następują również wspomniane przeze mnie dwa nagrania z „Badmotorfinger” (1991), kolejne to utwór Birth Ritual ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Singles” (1992) oraz następujące po nim aż cztery kawałki ze znakomitej płyty „Superunknown” (1994), po nich dostajemy dwa utwory z jak do tej pory ostatniej studyjnej płyty Soundgarden „Down on the Upside” (1996). Płytę Telephantasm, w jej podstawowej wersji, zamyka Black Rain – "odpad atomowy" z sesji Badmotorfinger – jak klamra zamyka wydawnictwo, które jak mniemam ma przypomnieć co niektórym Soundgarden i przygotować fanów na miejmy nadzieję nowe produkcje zespołu. Kim Thayil (gitara w Soundgarden) powiedział, że nie sposób żeby czterech tak lubiących się wzajemnie i muzykę facetów, jamujących podczas wielogodzinnych prób, nie nagrało niczego nowego. Tak więc wyglądajcie nowego wydawnictwa grupy, może jeszcze pod koniec tego roku.

Obecny skład zespołu:

Chris Cornell – wokal, gitara elektryczna, gitara akustyczna

Kim Thayil – gitara elektyczna prowadząca

Matt Cameron – perkusja, chórki (od czasu rozpadu Soundgarden w 1997 również perkusista Pearl Jam)

Ben Shepherd – gitara basowa

Oficjalna strona Soundgarden

Soundgarden - Rusty Cage ( from Badmotorfinger :) )

Soundgarden - Fell On Black Days ( z albumu Superunknown )

Soundgarden - Black Rain ( nowy na Telephantasm, a zarejestrowany podczas sesji Badmotorfinger )

środa, 5 stycznia 2011

Moich 10 najulubieńszych albumów roku 2010!!!

Miniony rok sypnął wydawnictwami klasycznych wykonawców, o pozycji ugruntowanej w świadomości fanów muzyki. Zaczęły się również powroty bandów, których zawieszenie lub rozwiązanie odczytaliśmy dekadę temu za niesprawiedliwość i krzywdę wyrządzoną nam słuchaczom. Mam tutaj na myśli Skunk Anansie z udanym albumem Wonderlustre i Soundgarden, z jak na razie składanką, Telephantasm (Panowie obiecują materiał premierowy).











Moją płytą roku został album Tomka Makowieckiego, Przemka Myszora i Wojtka Powagi czyli zespołu No! No! No!. Tutaj uzasadnienie tego wyboru http://madabautmusic.blogspot.com/2010/06/no-no-no-lepiej-pozno-niz-wcale.html, a dalej...

2. Black Label Society - Order Of The Black

3. The Beauty Of Gemina - At The End Of The Sea

4. Robert Plant - Band of Joy

5. Kim Nowak - Kim Nowak

6. Grinderman - Grinderman 2

7. Voo Voo - Wszyscy muzycy to wojownicy

8. Gorillaz - Plastic Beach

9. Sade - Soldier Of Love

10. Ozzy Osbourne - Scream

niedziela, 19 grudnia 2010

PROLETARYAT - Prawda (2010)











Proletaryat to zespół, który zaczynał swoją działalność w momencie, gdy miałem już jakieś pojęcie o muzyce, słuchałem jej już bardzo wiele i bardzo różnej. Byli głosem pokolenia lat 80-tych i 90-tych. W 1990 pojawiła się płyta „Proletaryat”, a właściwie kaseta, pierwszą płytą, winylową, chłopaków z Pabianic jaką posiadłem był „Proletaryat” z 1991 roku z piękną czerwoną, błyszczącą okładką. Wtedy to była kapela serwująca ostrą punkową jazdę ze ścianą gitarowego hałasu. Miało to ogromną siłę przekazu wraz z tekstami wokalisty Tomasza "Oley-a" Olejnika opisującymi naszą polską rzeczywistość. Proletaryat grał w pierwszej polowie lat 90-tych masę koncertów. Kawałek pt. „Proletaryat” był nawet sygnałem programów Jurka Owsiaka w TV. W roku 1994 wraz z albumem „IV” zespół dojrzał i pokazał swoją zdecydowanie hard rockową, a nawet heavy metalową stronę. Nie ważne naprawdę czy było to spowodowane trwającą modą na grunge, ważne, że dało kapeli jeszcze większą moc. Stali się symbolem polskiego, siarczystego rocka, a były to naprawdę piękne czasy. Na topie były takie kapele jak Houk, Illusion, Hey…

Potem Proletaryat tak jak cały polski rock padł ofiarą małego zainteresowania muzyką rockową nowo powstających komercyjnych stacji radiowych. Płyty wydawali nieregularnie, nie mieli już tak silnej promocji medialnej, ale nie zaprzestali grania. We wrześniu 2010 roku ukazała się nowa płyta ProletaryatuPrawda”, która jest kontynuacją drogi jaką panowie obrali w 1994 roku. Na Prawdzie jest tylko znacznie mocniej, riffy są bardziej mięsiste, a teksty są takie, że każdy znajdzie taki, w którym (jak mówi Oley) będzie się mógł przejrzeć jak w lustrze. Moje ulubione numery na nowym albumie Proletaryatu to otwierający płytę Podły, z tekstem na temat kryzysu w związku między kobietą, a mężczyzną. Riff i rytm tego utworu sprawiają wrażenie samonapędzającej się maszynki. Drugi to numer trzeci na płycie Myśl. Klasyczne hard rockowy patent na riff, ale jak zagrany, i Oley śpiewający tak, że ciarki się ma na plecach :) . Ból, piąty utwór, pięknie zaaranżowana rockowa ballada, opowiada o uczuciach, którym nie dane jest rozkwitnięcie bo nie trafily na dobry czas. Wciąga mnie i hipnotyzuje ósmy na Prawdzie, Punkt. Akordy w riffie przywodzą na myśl najlepsze muzyczne momenty na płytach np. Soundgarden i to nie zarzut. Kawałek nie jest krótki, ale jest bardzo nośny i ma wiele smaczków, które wyłapuje się w kolejnych przesłuchaniach. Płytę zamyka Moc - jaka moc jest uśpiona we wszystkich naszych gorzkich wspomnieniach, do czego mogą doprowadzić skrywane żale? – stonowana zwrotka przechodzi w oszalały refren z mocnym, wgniatającym w ziemię motywem. Na płycie słychać świetną pracę całego zespołu. Gitara i bas nagrane zostały selektywnie, więc instrumenty słychać bardzo wyraźnie. Perkusja jest jak dynamit, dużo zmian tempa, siły uderzenia, zero monotonii w grze. Proletaryat 2010 to monolit, w którym na równi ze sobą stoją brzmienia instrumentów i teksty, a Oley i koledzy mogą zacytować Mike Stipe-a (R.E.M.): „Mam świadomość, że pismo, które nas krytykowało i niejedna stacja radiowa, która nie chciała nas grać, już nie istnieje, a my gramy dalej". Proletaryat po bez mała 25-ciu latach na scenie mają tę siłę i z pewnością nagrają jeszcze dużo świetnej muzyki.

Obecny skład zespołu:

Tomasz "Oley" Olejnik – wokal

Dariusz "Kacper" Kasprzak – bas

Robert "Mały" Hajduk – perkusja

Wiktor Daraszkiewicz – gitara


Singiel promujący album "Prawda", Ból

Jeden z moich faworytów na płycie, Punkt


Oficjalna strona Proletaryat -u

poniedziałek, 13 grudnia 2010

VOO VOO - Wszyscy muzycy to wojownicy











16 listopada 2010 roku Pan Wojciech Waglewski z kolegami czyli VOO VOO wydali niesamowitą płytę „Wszyscy muzycy to wojownicy”. Płyta jest tak wyjątkowa bo nagrana została na tzw. „setkę”, bez komputerowego wygładzania i poprawiania. Nagrana na żywych instrumentach, których dźwięki zarejestrowane zostały na taśmie, płyta sprawia wrażenie, że zespół gra na żywo właśnie teraz, właśnie dla nas, i również dlatego słucha się jej bardzo przyjemnie. „Bardzo mnie pobudziła płyta Kim Nowak. Niezależnie od tego, że znam ludzi, którzy ją nagrali. Jest to pierwsza rock’n’rollowa płyta, jaka się pojawiła w Polsce od 10, czy 15 lat” – mówi Wojciech Waglewski w jednym z wywiadów. Dlatego pewnie nowe Voo Voo brzmi tak mocno i rockowo. Muzycy sprzedali wszystkie nowe, a zaczęli kupować stare instrumenty. Płyta jest, również zdaniem Waglewskiego, mało radiowa (może oprócz utworu tytułowego) - „Jeśli nawet pojawiają się tu ładne piosenki, ze dwie lub trzy, to są całkowicie „popsute” przez Mateusza (Pospieszalskiego), lub mają chrapliwą gitarę albo wokal.” (W.Waglewski dla Teraz Rock). Wszystkie powyżej wspomniane elementy składają się na to, że stawiam nową płytę Voo Voo obok albumu nagranego przez synów Waglewskiego, Kim Nowak.

Już otwierająca płytę Zbroja brzmi potężnie, głównie dzięki saksofonowi barytonowemu Mateusza Pospieszalskiego. Utwór wzbogaca szalona, improwizowana gitarowa solówka Wojciecha Waglewskiego. Drugi numer to mój ulubiony Miłobyłoby mi z klimatyczną, brudną gitarą we wstępie, po której następuje rytmiczna rockowa jazda z solówką, która nieodparcie kojarzy się z brzmieniem i sposobem gry Hendrix-a. Jest to jeden z tych momentów na płycie, że „palce lizać”, cały zespół niesiony jest improwizacją Waglewskiego i brzmi jak nigdy wcześniej Voo Voo nie brzmiało. Po nim następuję klasycznie rock’n’roll-owy Mało mnie rusza. Dopiero akustyczny Język, gęba, strój daje słuchaczowi chwile wytchnienia (piękna  solówka Pospieszalskiego na klarnecie). Klecina to oparty na bębnach Stopy i plemiennych wokalizach Mateusza Pospieszalskiego utwór o „kleceniu” tekstu. Kolejny, Osioł jest przy pozostałych, klasyczna piosenką Voo Voo, może to przez wesołą melodię i cymbałki będące głównym w nim instrumentem. Numer siódmy na płycie to Gruz zagrany przez Waglewskiego na instrumencie dobro (gitara z metalowym „sercem” tuż za mostkiem, w miejscu otworu rezonansowego). Dobro dostał lider Voo Voo w prezencie od managera zespołu Mirka Olszówki. To co zostanie (drugi singiel z płyty) z mądrym tekstem o przemijaniu rzeczy materialnych i takich, którymi żyją obecnie media, a sile dobrych uczuć i relacji międzyludzkich, które zostają na zawsze. Piękny spokojny utwór „zepsuty” :) , jak mówił Waglewski, szaloną skrzeczącą i piszczącą saksofonową solówką Pospieszalskiego – daje ona jednak ciekawy rezultat będąc w kontrapunkcie do całości klimatu To co zostanie (nie udało się ustalić komu utwór jest dedykowany). Numer dziewięć, Za głupi, to numer dedykowany Tadeuszowi Nalepie, muzycy starali się oddać klimat i filozofię utworów Nalepy, zarówno w muzyce jak i w tekście. Mają się nas bać to taka „koncertowa bateryjka”, rock’n’roll-owa gitara i dęciakami. Wyć się zachciało, jazgoczący kawałek o chęci, tęsknocie, za nieskrępowaną odrobiną szaleństwa – „…To właśnie dla tego by lżej było żyć wytykam gębę z dziury by wyć”. Dwunastka to Wszyscy muzycy to wojownicy (pierwszy singiel), utwór, który jest ironicznym spojrzeniem na branżę muzyczną w Polsce - artyści w kraju mówią wszędzie, że muszą "walczyć" o to by być granymi przez media. Jednak hasło tytułowe zostało potraktowane przez większość ludzi dosłownie. Płytę zamyka zagrane przez pana Wojciecha Waglewskiego na gitarze akustycznej Nico - …”wszystko znika, a zostaje muzyka…”

Płyta ta jest potwierdzeniem wielkości Wojciecha Waglewskiego i spółki i dowodem na to, że rock’n’roll nie umarł. Tę płytę trzeba po prostu mieć.








Aktualny skład VOO VOO:

Wojciech Waglewski – gitara, śpiew – autor tekstów, kompozytor, aranżer, lider zespołu

Mateusz Pospieszalski – saksofony, flet, klarnet basowy, instrumenty klawiszowe, akordeon, śpiew – kompozytor, aranżer

Piotr "Stopa" Żyżelewicz – instrumenty perkusyjne

Karim Martusewicz – kontrabas, gitara basowa

Oficjalna strona Voo Voo