Piątek 26 litopada 2010 roku, około godz. 18.00. Mroźny wieczór w Krasnymstawie. Pod Krasnostawskim Domem Kultury jeszcze pusto. Na parkingu w samochodach z zapalonymi silnikami ogrzewają się i oczekują najwierniejsi fani. O godz. 19.00 rozpocznie się koncert Artrosis, zespołu, zaraz po Closterkeller, najbardziej zasłużonego dla polskiego rock-a gotyckiego. Zespół sam wybrał Krasnystaw czy został tu zaproszony nie wiem, ale dzięki temu, że zaplanowali koncert (w ramach swojej jubileuszowej trasy – XV lat grupy) w naszej okolicy, mogłem na nim być. Przed Artrosis zagali Panowie z lokalnej kapeli De Kress, świetni przez pierwsze trzy utwory, potem zaczęli usypiać publikę. Parę minut po 20-stej na scenie pojawiło się Artrosis. Zabrzmiało nitro, po którym na scenę weszła Medeah (Magdalena Stupkiewicz-Dobosz), odrobinę speszona, że przed sobą ma ludzi siedzących w rzędach krzeseł krasnostawskiego kina (sala KDK pełni też taką rolę w dzień powszedni). Fanów Artrosis nie trzeba było długo prosić żeby podeszli pod scenę gdzie mieli bezpośredni kontakt z zespołem. Koncert rozkręcał się z każdym utworem. Największymi zagrzewaczami publiki do „walki” i interakcji z zespołem był basista Remo (Remigiusz Mielczanek) i klawiszowiec Migdał (Łukasz Migdalski). Gitarzysta MacKozer (Krystian Kozerawski) też nie dawał sobie wytchnienia, energią solówek i granych riffów napędzał cały zespół. Mało widoczny, bo schowany gdzieś w kącie sceny, ale za to słyszalny dzięki swojemu równemu, atomowemu uderzeniu. był perkusista Świcol (Paweł Świca). Natomiast samą Medeah (wokalistka i założycielka kapeli) byłem pozytywnie zaskoczony. Jestem skłonny twierdzić, że dziewczyna śpiewa na koncertach lepiej niż brzmi to na płytach, a i wygląda świetnie (zdjęcia kłamią). Artrosis rozpędzał się i rozgrzewał swoich fanów coraz bardziej, aż do podwójnego bisu, który spokojnie mógłby się zamienić w drugą część setu koncertowego. Po zespole było widać, że też się otworzył i pod koniec nie przeszkadzała im już może nie do końca dobrze dobrana na występ sala. Było wspaniale, były utwory stare i nowe, nie będę teraz wymieniał. Był czad, headbangujący i szalejący na swoich instrumentach Migdał i MacKozer i moc, głos Medeah, bas Remo i bębny Świcola. Nie wiem jakie wrażenia miał po tym koncercie sam zespół, ale ludzie którzy przyszli specjalnie na ich show mieli jak najbardziej pozytywne. Moim zdaniem grali trochę za krótko (zawsze czuje taki niedosyt) i za daleko - 50 km od Lublina, ale to szczegół – może do Lublina przyjadą w przyszłym roku, na trasę promującą zaplanowaną na wiosnę 2011 roku nową płytę. Zapraszamy.
niedziela, 28 listopada 2010
wtorek, 16 listopada 2010
ARTROSIS - Con Trust (2006)
Przywianie przez dobre wiatry MacKozera, Remo, Migdała i Świcy do Artrosis dało zespołowi zupełnie nową jakość i siłę. Już pierwsze takty Tym dla mnie jest powodują przyjemny dreszcz na plecach, szczególnie po wejściu całego bandu w refrenie ze świetnymi bębnami i gitarami oraz mocnym głosem Medah, zaraz potem Migdał gra na klawiszach znakomite wręcz progresywne solo. Nie chcę nigdy czuć jak Ty porywa energią riffu gitarowego, z którym „droczą” się klawisze Migdała. Dodatkową energię daje niesamowity, agresywny śpiew Medah. Trzeci na płycie W półśnie pozwala na chwilę wytchnienia. Utwór oparty na elektronicznych brzmieniach i motywach instrumentów klawiszowych z gęstą, ale spokojną partią gitary basowej Remo oraz wstawkami gitary MacKozera będącymi jak odgłosy odległej burzy – całość składa się na hipnotyczne cztery minuty z kawałkiem. Był jak diament to znów ciężki heavy metalowy numer z doskonałym współgraniem gitar z klawiszami oraz dialogiem gitary MacKozera z Medah. Numer ten snuje się jak stalowa mgła na wzgórzach. Cały obcy mi zaczyna się od basowo-perkusyjnego wstępu, a ciekawie przetworzony głos Medah w pierwszych sekundach napełnia niepokojem. Potem następuje bardzo energetyczny Nie oceniaj, najszybszy utwór na płycie z ciekawym zastosowaniem gry flażoletami przez MacKozera. Z kolei Tak było jest i będzie powala lekkością konstrukcji kompozycji, w której jest wszystko, dokładnie słychać doskonale uzupełniające się motywy grane przez wszystkich muzyków i ten głos Medah… Ósmy na płycie jest tytułowy Con Trust, mroczny klimat z jakby oczywistym, ale mocnym tekstem. Numery dziewięć i dziesięć na płycie to dwuczęściowa gotycka opowieść o zdradzie Wiesz Tylko Ty i On I i II, w której królują wokale Medah, całości dopełniają progresywne solówki i motywy gitarowe wraz podniosłymi brzmieniami instrumentów klawiszowych. Na całej płycie Medah oferuje nam wiele rodzajów wokalnej ekspresji, a teksty są bardzo kobiece i pełne bólu. Wszystkich lubiących Artrosis z automatem perkusyjnym z pewnością do „żywego” grania przekonał Świca. Perkusja na całym albumie brzmi doskonale i świetnie uzupełnia się z pochodami basowymi Remo. Con Trust jest dziełem skończonym, moim zdaniem pozbawionym braków, a co najważniejsze nie ma na nim utworów niepotrzebnych. Już nie mogę się doczekać nowego materiału grupy.
ps. oraz listopadowego koncertu, na którym z pewnością będę.
A poniżej otwierajacy płytę, pełen mocy, "Tym dla mnie jest" - uwielbiam
niedziela, 7 listopada 2010
Bryan Ferry - OLYMPIA
W muzyce rock-owej czy jak ktoś woli popowej istnieją dla mnie dwaj najbardziej rozpoznawalni wokaliści, są nimi Robert Plant i Bryan Ferry. Ich głos i styl śpiewania nie pozwala mylić ich z kimkolwiek innym. Obaj geniusze muzyki wydali niedawno swoje nowe płyty. 25 października światło dzienne ujrzała „Olympia” Bryana Ferry. Jak sam Ferry mówi jest to album dla niego bardzo szczególny. Po pierwsze nargany po ponad siedmiu latach nieobecności na rynku fonograficznym z autorskim materiałem, a to zawsze stawia pod osąd formę wokalisty. Po drugie na albumie u boku Bryan-a pojawiają się po raz pierwszy przy okazji nowego materiału koledzy z Roxy Music: Phil Manzanera (gitara), Andy macka (saksofon) i Brian Eno (klawisze). Osobiście muzyka pop pasuje mi jedynie wtedy gdy jest najwyższej próby. Utwory na płycie „Olympia” są bardzo wyrafinowane, pięknie zaaranżowane i mają w sobie to coś, co nie pozwala się oderwać od słuchania płyty po pierwszym utworze. Bryan Ferry zawsze uwielbiał w muzyce elegancję. Przejawiała się ona własnie w kompozycjach, ale i strojach Ferry-ego, a wcześniej całego Roxy Music. Dla Bryana Ferry zawsze ważna była oprawa zarówno występów jak i okładek płyt na których pojawiały się piękne kobiety, modelki. Tak jest i tym razem. Okładkę albumu „Olympia” zdobi zdjęcie Kate Moss, którą wokalista uważa za symbol urody całego współczesnego pokolenia. To nie koniec niespodzianek personalnych jakie wiążą się z powyższą płytą. Oprócz panów z Roxy Music zagrali na niej David Gilmour (solo w Song to the Siren), Marcus Miller (bas), Scissor Sisters (muzyka w Heartache By Numbers) , Nile Rodgers, Groove Armada (muzyka w Shameless), Jonny Greenwood of Radiohead, Flea ( bas w Song to the Siren), etatowym zaś gitarzystą w zespole Bryan-a Ferry jest zaledwie 22-letni Oliver Thompson, który dowodzi, że wiek nie ma znaczenia gdy ludzi łączy miłość do muzyki.
Płyta zawiera zarówno piosenki do tańca jak i utwory melancholijne. Każdy utwór brzmi niezwykle przestrzennie i zawiera całą masę mniej lub bardziej uwypuklonych szczegółów brzmieniowych, ukrytych motywów, solówek poszczególnych instrumentalistów, które można z radością odkrywać przy kolejnych przesłuchaniach. Mimo to nagrania są niezwykle wyważone, wręcz klasyczne. Moimi faworytami na „Olympii” są: singlowy You Can Dance, Shameless brzmiący jakby unowocześniony klasyk Roxy Music, Song to the Siren – utwór Tima Buckley-a z gwiazdorską obsadą i odgłosami wielorybów w tle oraz przedostatni, będący jedną z w pełni autorskich kompozycji Ferry-ego, transowo - hipnotyczny Reason or Rhyme. Płyta doskonała, nagrana przez człowieka, który cały jest muzyką. Z pewnością wyciągnę ten album przy okazji imprezy sylwestrowej, karnawałowej bo pasuje do zabawy z przyjaciółmi, ale pasuje też do słuchania we dwoje.
Bryan Ferry - oficjalna strona artysty
Świetny video-dokument z prac nad albumem "Olympia"
środa, 3 listopada 2010
THE BEAUTY OF GEMINA - At The End Of The Sea
26 marca tego roku ukazał się album „At The End Of The Sea” zespołu The Beauty Of Gemina. Tą szwajcarską kapelę wyłowiłem przeglądając zestawienie artystów mających zaprezentować się na Castle Party 2010 na zamku w Bolkowie. Pierwszy zaś utwór szwajcarów usłyszałem w Trójce, w lipcu, w audycji Trzecia Strona Księżyca nadawanej w radiu każdej nocy przy pełni księżyca. Utworem tym była Obscura, drugi w kolejności numer z płyty „At The End Of The Sea”. Obscura ma własnie ten klimat, który uwielbiam, dobór akordów, brzmień i dźwięków plus tekst wywołuą ciary na plecach. Zanim zdobyłem cały album katowałem powyższy utwór, zapętlając go we wszystkich odtwarzaczach. Pewnego wieczora udało się i mogłem posłuchać całej płyty. Pierwsze takty otwierającego album Dark Rain to jakbym miał w odtwarzaczu płytę The Sisters of Mercy z najlepszego ich okresu, ale po chwili dołączają przenikliwe, intensywne dźwięki gitar i instrumentów klawiszowych unosząc nas coraz wyżej w przestrzeń żeby po chwili opaść i rozpocząć od nowa zabawę z budowaniem niesamowitego wznoszącego się przestrzennego klimatu. Potem rozbrzmiewa wspomniana już Obscura, a po niej z wręcz przebojowym motywem klawiszowym Rumors. Kings Men Come to już prawdziwe mroczne elektro, którego na płycie również nie brakuje. W brzmienia elektroniczne doskonale wkomponowane są ściany gitar, tworzące razem z brzmieniem klawiszy niepokojące wręcz orkiestrowe motywy. Do moich faworytów należy również utwór numer pięć, Sacrificed To The Gods, z niesamowitą sekcją rytmiczną, podniosłym wokalem i hipnotyczną gitarą . Mózgiem kapeli z pewnością jest Michael Sele, wokalista, gitarzysta odpowiadający również za instrumenty klawiszowe i programowanie, jednak warstwę instrumentalną doskonale zagęszczają perkusista Mac Vinzens oraz basista David Vetach. Razem stworzyli dzieło od, którego trudno się oderwać. Sięgnąłem szybko po dwie poprzednie płyty kapeli: „Diary of a Lost” z 2007 i „A Stranger to Teras” z 2008 roku i wszystkie trzymają poziom, ale uwiodła mnie ta ostatnia. „At The End Of The Sea” słuchałem codziennie przez klika tygodni, poddając się ponuremu teatralnemu klimatowi utworów. Tegoroczne dzieło The Beaty Of Gemina z pewnością zajmie wysokie miejsce w dziesiątce moich ulubionych płyt 2010 roku.
thebeautyofgemina.com - strona oficjalna zespołu
Z powodu ciągłego braku klipu do utworu "Obscura" poniżej klip do "Rumors" - polecam.
poniedziałek, 18 października 2010
BLACK LABEL SOCIETY - Order Of The Black

Co tu dużo pisać, wydany 10 sierpnia 2010 roku nowy album Black Label Society, zatytułowany „Order Of The Black” urywa głowę i wbija w ziemię i można by na tym poprzestać, ale kilku specjalistów od muzyki swoimi recenzjami doprowadziło do tego, że musiałem zasiąść przed białą kartką edytora tekstu i zmienić ją dla nich w Shallow Grave.
Zakk Wylde, lider BLS wypłynął na szerokie wody dzięki Ozzy-emu Osbourne-owi. Zagrał na dziewięciu płytach Ozzy-ego, począwszy od „No Rest for the Wicked” z 1989 r., aż do „Black Rain” z 2007 r. Miedzy rokiem 1995 a 2001 Książe Ciemności zamilkł i wtedy Zakk rozwinął swój projekt, Black Label Society. Główny zarzut wobec BLS jest taki, że nagrywają równe, rzetelne, bardzo dobre płyty i nic ponad to, a ja się pytam co mają nagrywać. Krytycy doszukują się błysku geniuszu, który wypełniłby cały album, płaczą, że Zakk Wylde musi poczekać na swoje epokowe dzieło. No to proszę panowie wsadźcie głowę między głośniki i posłuchajcie „Order of The Black” nie raz, nie dwa, bo tak nakazuje wasze rzemiosło, a pozwólcie się nieść tej muzyce, jej mocy i różnorodności – to jest epokowe dzieło Black Label Society. Bandu Wylde-a zacząłem słuchać od albumu „1919 Eternal” (2002), wtedy mówiłem sobie: to są dopiero riffy jakie powinien grać Ozzy Osbourne. Na płycie tej bas obsługiwał Pan Robert Trujillo (teraz Metallica). W roku 2003 Zakk poszedł za ciosem, sam nagrał wszystkie gitary i bas oraz oczywiście wokal, tak powstał zmiatający wszystko z powierzchni ziemi album „The Blessed Hellride” (jako gość pojawił się sam mistrz Ozzy w utworze „Stillborn”). Zakk Wylde zawsze był fanem Black Sabbath i Ozzy-ego co słychać na wszystkich jego płytach, ale na „Order of The Black” urozmaicił i doprowadził Sabbath-owe brzmienia do perfekcji. Dobrze zatem się stało, że w ekipie Osbourne-a zastąpił go Kostas Karamitroudis alias Gus G. znany miedzy innymi z Arch Eremy. Zakk otrzymał masę jakże cennego czasu na zajęcie się w stu procentach swoim Black Label. Powstała płyta różnorodna. Rozpoczyna ją z kopyta ;) „Crazy Horse” (świetnie bębni Will Hunt ex-Evanescence). Potem czas na utwór „Overlord” czyli początek trzęsienia ziemi, słuchając go wpada się w trans, a głowa sama odrywa się od karku. Następny to „Parade of The Dead”, przyspieszamy w stylu starego dobrego BLS. W „Darkest Days” Zakk funduje nam zmianę klimatu, fortepian i piękna southern rock-owa ballada. Po niej zostajemy porażeni prądem z Gibson-a Wylde-a w „Black Sudany”. „Southern Dissolution” to klasyczny hardrock-owy walec, który hipnotyzuje nie pozwalając odejść od głośników po czym miażdży słuchacza. Popis wirtuozerii gitarowej i swoich możliwości wokalnych daje nam lider BLS również we wzruszającym „Time Waits For No One”. Z kolei ósmy numer na płycie, „Godspeed Hellbound”, to świetna heavy metalowa galopada i riff, który pierwszy zapadł mi w pamięć po pierwszym przesłuchaniu, może dlatego, że Zakk gra go, wręcz do znudzenia, bez udziwnień. Proste metalowe granie. „War of Heaven” mogłoby się znaleźć na jednej z płyt Ozzy-ego, kołyszący riff i wpadający w ucho refren. Teraz czas na „Shallow Grave” panowie, fortepian i co, że trochę łzawo, ale świetnie zbudowany utwór z dynamicznie rozwijającym się refrenem. Zakk Wylde na każdym koncercie ma solowy akustyczny set i „Chupacabra” powstała z takich koncertowych improwizacji. „Riders Of The Damned” to Black Sabbath, ale z większym pazurem, „klasyk” na wspóczesnej płycie. Album zamyka utrzymany w stylu ballady z lat 70-tych „January”, dla mnie najładniejsza ballada na płycie. No tak, ale to nie koniec. Są jeszcze dwa dodatki, dwie ballady. Cover Black Sabbath „Junior's Eyes”, pewnie bluźnię, ale moim zdaniem lepszy od oryginału, oraz „Helpless” Neil-a Young-a, który prawie pozwala zapomnieć o nawale riff-ów gitarowych, które strzelały z głośników między nasze uszy przez ponad 50 minut. Ósmy studyjny album Black Label Socjety „Order of The Black” to moim zdaniem najlepsza jak dotąd płyta Zakk-a i spółki. Nie wyjąłem jej ze swojego odtwarzacza od początku września, ciągle odkrywam w muzyce na niej zawartej coś nowego, ta muzyka z każdym kolejnym przesłuchaniem nabiera mocy.
wtorek, 27 lipca 2010
Europe zagrali w Lublinie!
Chyba nikt nie spodziewał się, że do Lublina może zawitać tak znany na całym świecie zespół rockowy. Prasa, ale i duża część wybierających się na koncert osób, określała ich jako spadającą gwiazdę, wykonawcę jednego przeboju itp. Bardzo się jednak wszyscy mylili. Gdyby panowie z Europe zakończyli swoją działalność na trzeciej swojej płycie z 1986 roku pt.: "The Final Countdown" (płyta dotarła do ósmego miejsca Billboard 200) to pewnie nie wybierałbym się na ten koncert z takim przejęciem. Zespół zdobył jednak mój wielki szacunek swoim naprawdę niesamowitym i w pełni udanym powrotem do show biznesu w roku 2004 wydając płytę "Start From the Dark". Album ten w niczym nie przypomina ich dokonań z lat 80-tych, jest pełen pełnokrwistego hard rocka ze świetnymi melodiami. Na płycie brak jest słabych momentów, nie ma odcinania kuponów od dawnej sławy. Utwór tytułowy opowiada o tym, że zaczęli jeszcze raz, ponownie jakby od nowa. Znakomitą formę muzyków, jak i niewyczerpane pomysły na mocne rockowe numery potwierdził wydany w 2006 roku album "Secret Society". Ja szedłem na koncert Europe, zespołu na nowo czynnie działającego i grającego mocnego rocka, który niewiele ma wspólnego z ckliwymi softmetalowymi utworami. Europe supportował nasz Tipsy Train, gdy zbliżałem sie do sceny grali akurat "Seek and Destroy" Metalliki. Potem po krótkim zamieszaniu w wykonaniu miejscowych notabli na scenie pojawił się Joey Tempest, John Norum, Ian Haughland, John Levén, Mic Michaeli czyli zespół w oryginalnym składzie, tak jak 25 lat temu. I tak jak obiecywali na konferencji prasowej przed koncertem dali z siebie wszystko. Zagrali głównie utwory ze swoich ostatnich trzech płyt. Czekałem na "Start from the Dark", "Hero", "Love Is Not the Enemy" i "New Love in Town" i zagrali je z niesamowitym powerem. Joey Tempest, facet o formie dwudziestolatka miotał się po scenie i bezbłednie wykonywał swoje partie wokalne głosem jaki znamy z lat 80-tych, a właśnie - nie mogło zabraknąć utworów z ich topowego albumu. Zabrzmiały zatem na koncercie ku uciesze niegdysiejszych nastolatków "Carrie", "Rock the Night" (mój ulubiony z płyty The Final Countdown) oraz "Superstitious" z albumu "Out of This World" (1988). Na bis dostaliśmy jeszcze energetyczne "The Beast" z ostatniej płyty zespołu i oczywiście "The Final Countdown", które doprowadziło tłum do szaleństwa. Joey Tempest dziękując za wspólny wieczór nie ukrywał zaskoczenia gorącym przyjęciem jakie zgotowali im przybyli na Plac Zamkowy ludzie. Warto było być w tym miejscu, w tym czasie 24.07.2010 r.
czwartek, 3 czerwca 2010
No! No! No! - lepiej późno niż wcale.

26 marca 2010 roku ukazał się debiutancki album formacji NO! NO! NO!. No! No! No! to trzech dobrze znanych facetów. Tomek Makowiecki - wokalista i muzyk, chłopak znany z Szansy na sukces z Wilkami oraz finalista pierwszej edycji polskiego Idola. Moim zdaniem on jedyny z całej idolowej gromadki robi dobrą robotę i pnie się coraz wyżej, również pod względem rozwoju artystycznego. Przemek Myszor pochodzący z muzycznej rodziny członek Myslovitz odpowiedzialny za wszelkiego rodzaju motywy i hałasy gitarowe oraz klawiszowe w kapeli z Mysłowic. Wojciech Powaga zupelnie nie poważny i zakrecony gitarzysta, również członek Myslowitz. NO! NO! NO! to moim zdaniem ewenement na naszej rockowej scenie i ich propozycje muzyczne odstają od wszystkiego co do tej pory słyszeliśmy, a do tego zupełnie udało im się uniknąć podobienstwa do Myslovitz. Płyta zawiera tylko dziesięć utworów, ale tylko trzy z czasem poniżej 4 minut, pozostałe są długie, ale nie nudne, za to wciągające, transowe i z fajnymi, mądrymi tekstami. Na singlową promocję płyty wybrano utwór "Doskonały pomusł", ktory jednak zupelnie nie jest reprezentatywny dla zespołu. Piosenka promowała film "Trick" w reżyserii Jana Hryniaka lub film trochę wypromował piosenkę. Płyta naprawdę zaczyna się od czwartego utworu "Świat według bestsellera" - piękny gitarowy wstęp i "Chwila błysk i wiem, to co łatwe to nic, to już mam." Motoryczny numer, w refrenie świetny zabieg z podłożeniem pod muzykę analogowego trzasku płyty, to dodaje muzyce czegoś szlachetnego. Zaraz potem bujający, rozmażony "Wyjątek od rozsądku". Szósty utwór jakoby przebojowy, ale świetnie zagrany i wymyślony "Jak Się Czujesz Z Tym?" kończą słowa: "otwórz oczy, bądź jaki chcesz". Następnie odlot w postaci "Nie Nadaję Się Do Cyrku" instrumentalny numer z niby pozbawionym sensu recytowaniem tekstu przez członków zespołu. Po nim następuje "zimnofalowy" "Test Voight-Kampffa", który zadziwia od początku do końca niesamowitym klimatem ze świetną linią basu. Dziewiąty utwór to "Inaczej niż w raju", piosenka w fly-rockowym klimacie, praktycznie bez perkusyjnego bitu. Płytę kończy "Zabrakło prostych słów", prawie akustyczne brzmienia gitar, basu z plamami instrumentów klawiszowych, które sprzężone kończą album. Ale, ale - płytę otwiera kawalek "PJ" będący połączeniam Myszora trzasków i hałasów z rytmicznym pianinem i wokalem Makowieckiego, a druga jest "Polska Szkoła Dokumentu" z niesamowitymi i niespodziewanymi jak grzmoty błyskawic gitarami na tle stonowanego brzmienia utworu. Zawarty na płycie materiał i filozofię muzyków No!No!No! doskonale oddaje fragment tekstu utworu "Nie nadaje się do cyrku": "nie wykonam salta bo niby po co". Tak więc Panowie z nikim się nie ścigają. Płyta jest wyjątkowa i wchodzi w mózg przez uszy mocniej z każdym przesłuchaniem. Ja jestem pod dużym wpływem tych nagrań. Gorąco wszystkim polecam.












